Actions

Work Header

Torchwood: Im mniej człowiek wie, tym łatwiej mu żyć. Wiedza daje wolność, ale unieszczęśliwia - Sezon 4

Chapter Text

Egzekucja odbędzie się o godzinie 6 rano, zgodnie z wytycznymi stanu Kentucky. To ostatnie chwile Oswalda Danesa na tym świecie. Przed więzieniem stanowym Montrose Hill zebrał się tłum, ale nie widać planowanych protestów przeciwko karze śmierci, co nie dziwi, kiedy pomyśli się o karanej zbrodni. Były nauczyciel został skazany w 2006 roku za gwałt i morderstwo 12-letniej Susie Kabina. Danes zostanie zapamiętany dzięki swojej niesławnej linii obrony. Aresztującym go policjantom powiedział: "Mogła uciekać szybciej".

- Cholerny drań – powiedział Owen, sprawiając, że Tosh, która oglądała telewizję podskoczyła. Odwróciła się. Owen stał w drzwiach i patrzył z gniewem na ekran telewizora.

- Dostanie to, na co zasłużył – powiedział z mściwością.

- Owen, nie mów tak – powiedziała Tosh. – Nikt nie zasługuje na śmierć.

- Tak? – spytał Owen, przenosząc spojrzenie na nią. – Więc wolałabyś, żeby chodził po tym świecie?

- Wolałabym, żeby siedział w więzieniu – odpowiedziała Tosh.

- I któregoś dnia został by zwolniony za „dobre sprawowanie” – powiedział Owen. – I zaatakowałby ponownie. A co gdyby jego następną ofiarą była córka Gwen i Rhysa?

- Nie to miałam… - zaczęła Tosh, ale Owen nie dopuścił jej do głosu.

- Albo nasza córka? – spytał.

- Nasza córka? – spytała zdziwiona Tosh. – Czy ja o czymś nie wiem?

- Nie… Ja… - powiedział Owen i westchnął. – Nieważne. Idę spać. Dobranoc.

Odwrócił się i wyszedł z pomieszczenia. Tosh przez chwilę patrzyła w miejsce, gdzie stał przed chwilą. Zarumieniła się. Spodobało jej się to, co powiedział. Ale czy miała prawo marzyć o rodzinie z nim? Westchnęła i wyłączyła telewizor. Chwilę później leżała koło Owena w łóżku i zasypiała.

~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~

Następnego dnia Ianto siedział przy stoliku w kawiarni. Oczywiście miał czapkę na głowie i okulary przeciwsłoneczne na oczach. W końcu ktoś podszedł do niego.

- Przepraszam za spóźnienie – powiedziała Lois, całując go w policzek i usiadła naprzeciwko niego. – Miałam problem z wyjściem z pracy.

Po zakończeniu afery z 456, Lois została uwolniona. Znalazła nową pracę, ale rząd nie przestawał jej obserwować. Któregoś dnia spotkała Ianto. Kiedy mu opowiedziała o swoich problemach, zaproponował, że jej pomoże nauczyć się, jak sobie z nimi radzić. Z radością się zgodziła. Spotykali się rzadko, ale oboje lubili te chwile. Z czasem zaczęli czuć do siebie coś więcej. W końcu Ianto zaproponował jej, by została jego dziewczyną. Lois z radością się zgodziła. Był to dziwny związek. Lois prawie cały czas obserwowana przez rząd, a Ianto ukrywający się. Ale jednak jakoś dawali radę i byli szczęśliwi.

- Robili ci problemy? – spytał Ianto.

- Nie, tym razem był to mój szef – odpowiedziała Lois. – Co chwilę kazał mi coś nowego zrobić. Myślałam, że każe mi nocować w pracy.

- Spokojnie, wydostałbym cię stamtąd – powiedział Ianto. Lois posłała mu uśmiech. Zaczęli rozmawiać na przyjemniejsze tematy.

~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~

Czekałaś na autobus. Twarz skryta pod kapturem, okulary przeciwsłoneczne na oczach. Stałaś koło przystanku i przeglądałaś coś na telefonie. Przynajmniej tak to wyglądało dla zwykłego obserwatora. Tak naprawdę przyglądałaś się Ianto i Lois. Uśmiechnęłaś się, kiedy Lois zaśmiała się z czegoś. Wiedziałaś o nich. Tak naprawdę to przez ciebie się tamtego dnia spotkali. „Ukradłaś” Lois portfel i sprawiłaś, że podążyła za tobą prosto w objęcia Ianto. Kiedy skończyli się umawiać na spotkanie, portfel Lois w tajemniczy sposób znalazł się pod ich stopami. Kiedy w końcu Ianto zapytał ją, czy zostanie jego dziewczyną, przez kilka minut nie mogłaś się przestać uśmiechać. Z tego powodu ich ze sobą spotkałaś. Już od dłuższego czasu wiedziałaś, że tworzyliby wspaniałą parę. Autobus podjechał. Schowałaś telefon i weszłaś do środka. Zajęłaś miejsce przy oknie i póki mogłaś patrzyłaś przez nie na Ianto i Lois.

~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~

Rhys i Gwen byli w ich ogródku, znajdującym się z dala od cywilizacji. Rhys pracował, a Gwen patrzyła podejrzliwie na przelatujący nad nimi helikopter.

- Nie bądź taka podejrzliwa – powiedział Rhys.

- Po co tędy przelatują? – spytała Gwen.

- Bo mogą! – odpowiedział Rhys. - To przepiękny kraj, to wszystko. Tylko go podziwiają. Daj już spokój.

Gwen patrzyła jeszcze przez chwilę w niebo, aż w końcu weszła do środka, by nakarmić ich córeczkę. Karmiąc ją, mówiła do niej:

- Więc wyszłam na zewnątrz, całkiem sama. Była północ, nic nie było słychać. I spojrzałam w górę i zobaczyłam kobietę, która zeszła z nieba. Och! Lśniła niczym księżyc. Jej oczy lśniły oślepiającym, białym blaskiem. I zaczęła śpiewać. Niczym tysiąc chórów. Kobieta o tysiącu głosów i była przepiękna!

- Chyba już dość, nie sądzisz? – spytał Rhys, który wszedł do środka.

- I kto teraz ma paranoję? – spytała Gwen.

- Obiecałaś, że będziemy ją trzymać z dala od tego wszystkiego – powiedział Rhys.

- Ta, ale daj spokój, jest za mała – powiedziała Gwen. - Myśli, że opowiadam jej bajkę.

- To był koszmar, Gwen – powiedział Rhys. - Twoje życie wtedy było żywym koszmarem, kochanie.

Nagle rozległo się pukanie do drzwi. Rhys i Gwen zesztywnieli.

- Ktoś jest przy drzwiach – szepnął Rhys. Gwen odwróciła się do niego i go uciszyła.

- Co robimy? – spytał Rhys, a Gwen ponownie kazała mu być cicho. - Ty i...

Gwen wstała i jeszcze raz kazała mu nic nie mówić. Po chwili pukanie się ponowiło. Gwen dała znak. Rhys i ona szybko ruszyli do swoich szaf. Ona wzięła pistolet i nóż, a Rhys strzelbę. Rhys stanął przy drzwiach do przedsionka, mając na oku ich córkę. Gwen podeszła do drzwi, pistolet trzymając schowany za plecami. Otworzyła drzwi. Zobaczyła parę w średnim wieku.

- Witaj! – przywitał się mężczyzna.

- Przepraszamy – powiedziała kobieta.

- Mamy nadzieję, że pani nie przeszkadzamy – powiedział mężczyzna. – Po prostu się zastanawiamy… Jeśli chcemy wrócić do wioski, to szybciej będzie przez plażę, czy o tej porze się nie da? Pomyślałem, że lepiej zapytać. Tak na wszelki wypadek.

- Mamy odpowiednie buty – powiedziała kobieta. – Moglibyśmy przejść szybko.

- To prywatna posiadłość – powiedziała Gwen. - Jestem zajęta.

Zamknęła parze drzwi przed nosem. Następnie podeszła do okna i obserwowała, jak odchodzą. Rhys odłożył strzelbę i stanął koło niej.

- "Wynocha z mojego trawnika" – udał, że krzyczy.

- Zamknij się – powiedziała roztrzęsiona Gwen. – Zamknij się, mogłam ich zastrzelić.

- Hej, hej! – powiedział Rhys. - Jesteśmy tu bezpieczni, skarbie! Nikt nie wie, że tu jesteśmy. To wszystko już dawno minęło. Koniec z Torchwood, tak?

- Tak – odpowiedziała Gwen, już się uśmiechając. Styknęli się czołami.

- Już po wszystkim – powiedział Rhys. - Zapomnij o tym, ok?

- Jasne, w porządku – odpowiedziała Gwen. - Przepraszam.

- Chodź tutaj – powiedział Rhys i pocałował ją w czoło.

~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~

Przeżycie Oswalda Danesa okazuje się być pierwszym przypadkiem w większej historii, która wypłynęła dziś rano.

Kiedy władze medyczne stanu Kentucky poinformowały, że w ciągu ostatniej doby nie odnotowały żadnego zgonu…

…17 innych władz stanowych natychmiast wydało takie same oświadczenia. Wiadomość rozprzestrzeniła się na serwisach społecznościowych.

Cud jest na ustach wszystkich. W Maine w stanie Kalifornia historia jest taka sama.

Przez ostatnie 36 godzin...

… nie odnotowano ofiar śmiertelnych.

Ani jedna osoba w Stanach...

Nikt nie umarł.

Dzień Cudu.

Tak nazywa się ten dzień. Dzień Cudu.

- Skończyłaś skakać po kanałach? – spytał Owen, siadając koło Tosh na kanapie. – Tak w ogóle, to od kiedy mamy amerykańską telewizję? Miałem już wczoraj spytać.

- Od tygodnia – odpowiedziała Tosh. – Ciągle zapominałam ci powiedzieć.

- Chcę wiedzieć, jak to zrobiłaś? – spytał Owen.

- Niekoniecznie – odpowiedziała Tosh. – Więc. Co o tym myślisz?

- O Dniu Cudu? – spytał Owen i prychnął. – Bzdury.

- Jesteś zły, bo Danes przeżył – powiedziała Tosh.

- Może – przyznał Owen. – A ty wierzysz w te bzdury?

- Cóż… - zaczęła Tosh.

- Nie, czekaj, nic nie mów – przerwał jej Owen. – Myślisz, że to Obcy.

- Musisz przyznać, że to jest podejrzane – powiedziała Tosh. – Przez 36 godzin nikt nie umarł. Nikt, Owen!

- Tosh, gdyby za każdą rzecz, o której myślałaś, że odpowiedzialni są za nią Obcy, Ziemia została by już najechana kilkaset razy – powiedział Owen.

- Tym razem jest inaczej! – kłóciła się Tosh.

- Tosh… - westchnął Owen. Przerwało mu pukanie do drzwi. Zesztywnieli. Popatrzyli na siebie. Pukanie się ponowiło. Zerwali się i ruszyli po broń. Następnie Tosh stanęła przy drzwiach do salonu, a Owen poszedł otworzyć drzwi. Tosh czekała z ciężko bijącym sercem.

- Cholera jasna, Ianto! – usłyszała w końcu głos Owena. – Prawie zawału dostaliśmy!

- Przepraszam – usłyszała Tosh głos Ianto. – Nie chciałem.

- Ianto? – spytała zdziwiona Tosh i wyszła na korytarz, gdzie zobaczyła koło Owena Ianto. – Co ty tutaj robisz?

- Przyszedłem się z wami zobaczyć – powiedział Ianto i przytulił Tosh. Weszli do salonu.

- Skąd wiedziałeś, gdzie nas szukać? – spytał Owen.

- Któregoś dnia widziałem, jak wracasz z zakupów – odpowiedział Ianto. Owen i Tosh popatrzyli na niego zdziwieni.

- Jak? – spytała Tosh. – Byliśmy bardzo ostrożni!

- Zaczęło się od tego, że ktoś mi buchnął portfel – powiedział Ianto i zmarszczył brwi. – Co jest zabawne, bo podobnie spotkałem się z… Lois. I jej portfel też magicznie się pojawił z powrotem.

- Myślicie o tym, o czym ja myślę? – spytała Tosh. Owen i Ianto pokiwali głowami.

- [T/I] – powiedział Ianto.

- Ale dlaczego sama się z nami nie skontaktowała? – spytała Tosh.

- Bo to [T/I] – odpowiedział Owen. – Nie zapominajcie, że to ona pierwsza się od nas wszystkich odsunęła.

- Nie, pierwszy był Jack – poprawiła go Tosh. Automatycznie, jak zwykle na wzmiankę o Jacku zapadła cisza. W końcu Owen odchrząknął i spytał:

- To co cię do nas sprowadza, Ianto?

- Słyszeliście o Dniu Cudu? – spytał Ianto. Owen jęknął.

- Ty też, Ianto? – spytał.

- Co? – spytał Ianto.

- Owen jest przekonany, że to bzdury i nie ma w tym nic podejrzanego – wyjaśniła Tosh.

- To jest podejrzane – powiedział Ianto.

- To samo mu mówię – powiedziała zadowolona Tosh. Owen westchnął.

- Czy zanim o tym porozmawiamy, możemy porozmawiać o czymś innym? – spytał. – Długo się nie widzieliśmy. Pasowałoby trochę nadrobić, czyż nie?

- Zgoda – powiedziała Tosh. – Zaparzę herbatę.

Wyszła z salonu. Owen i Ianto usiedli na kanapie.

~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~

- Co zamierzasz zrobić?

Zamrugałaś. Odwróciłaś się od okna, przez które przed chwilą patrzyłaś. Zobaczyłaś swoją kuzynkę. Nic dziwnego. W końcu byłaś w jej mieszkaniu.

- Z czym? – spytałaś.

- Z Dniem Cudu – odpowiedziała twoja kuzynka. - Tym się zajmujesz, prawda?

- Już nie – odpowiedziałaś, patrząc z powrotem w okno. – Torchwood nie istnieje.

- Ale ty tak – powiedziała twoja kuzynka, stając koło ciebie. – Tak jak twoi przyjaciele. No dalej, [T/I]. Musisz przyznać, że to jest podejrzane.

Nie odpowiedziałaś. Po prostu patrzyłaś dalej przez okno. Twoja kuzynka westchnęła.

- To już prawie dwa lata – powiedziała. – Nie sądzisz, że pora…

- Powiedział, że wróci – przerwałaś jej. – Obiecał.

- [T/I]… - zaczęła twoja kuzynka. Urwała, kiedy odsunęłaś się od okna.

- Powinnam już iść – powiedziałaś i ruszyłaś do drzwi. – Przez następne dni lepiej uważaj.

- A co z tobą? – spytała twoja kuzynka. Nie odpowiedziałaś jej. Wyszłaś z jej mieszkania i ruszyłaś przed siebie.

~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~

- Och, tak bardzo oszukujesz! – zaśmiał się Rhys. On i Gwen malowali ściany.

- Oszukuję? – zaśmiała się Gwen. - Jak można oszukiwać malując ścianę? Tylko facet zrobiłby z tego zawody.

- Po prostu przeciągasz – powiedział Rhys, naśladując ją.

- Och tak, przeciągam – powiedziała Gwen i przeciągnęła.

- Jedno pociągnięcie to nawet nie jedna warstwa – powiedział Rhys. W tym momencie zadzwonił telefon.

- Szlag by to – powiedziała Gwen, ruszając na poszukiwania telefonu. - Szlag, szlag, szlag.

- To może być nic – powiedział Rhys, próbując ją uspokoić.

- Jest tylko jeden powód, żeby ten telefon dzwonił – powiedziała Gwen, przetrząsając szufladę. - Gdzie on jest? Gdzie go schowałeś?

- Tutaj, w tym jest – odpowiedział Rhys. Gwen wzięła telefon i nakazała Rhysowi być cicho.

- Co jest? Co się stało? – spytała, kiedy odebrała telefon.

- Mówi sierżant Davison, składam telefoniczny raport – usłyszała głos Andy’ego. - Jeden podejrzany, mężczyzna, w pobliżu szpitala świętej Heleny w Cardiff. Sugeruję spotkanie o godzinie 0200 w ustalonym miejscu.

- To mój tata, jest w szpitalu – powiedziała zszokowana Gwen, kiedy Andy się rozłączył. – Ee… Muszę go zobaczyć. Przepraszam, Rhys. Musimy wrócić.

~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~

Jack przez chwilę obserwował kobietę, która szukała czegoś na temat Torchwood. W końcu znalazła pudełko, w którym coś na ten temat było. Były też zdjęcia członków Torchwood. Kiedy znalazła zdjęcie Jacka, zauważyła go. Popatrzyła na zdjęcie i jeszcze raz na niego. Wstała powoli, wpatrując się w niego. Jack wszedł w światło i powiedział:

- Chodź ze mną.

Kobieta cofnęła się i zaczęła uciekać. Jack westchnął i ruszył za nią. Zawsze tak się dzieje. Kobieta dobiegła do miejsca, gdzie siedział archiwista. Z tym, że ktoś go postrzelił. Ale wciąż żył.

- Padnij! – krzyknął Jack. Kobieta odwróciła się, ale padła. Jack strzelił do zamaskowanego mężczyzny, który zabił archiwistę. Mężczyzna upadł na ziemię. Jack podbiegł do niego i ściągnął mu maskę.

- O mój Boże – powiedziała kobieta, stając koło Jacka. – Czy… on umrze?

- Nie martw się o to – odpowiedział Jack. - W dzisiejszych czasach nikt nie umiera.

- Założysz się? – wydusił zastrzelony przez Jacka mężczyzna. Jack szybko rozpiął mu kurtkę i zobaczył mnóstwo C4. Złapał kobietę i wyskoczył z nią przez okno. Ledwo to zrobili, mężczyzna zdetonował bombę. Jack i kobieta wpadli prosto do fontanny. Wynurzyli się.

- W każdym razie. Kapitan Jack Harkness – powiedział Jack i podał kobiecie dłoń. - Miło cię poznać.

Kobieta uścisnęła mu dłoń i przedstawiła się jako Esther. Chwilę później siedziała przy drzewie i obserwowała, jak przyjeżdża straż pożarna. Jack usiadł koło niej i podał jej wodę, mówiąc:

- Proszę bardzo.

- Ten człowiek... – zaczęła Esther, biorąc od niego wodę.

- Chciał zabić mnie, nie ciebie – przerwał jej Jack.

- Dlaczego? – spytała Esther. - Dlaczego chciał cię zabić?

- W czasach, kiedy nikt nie umiera? – spytał Jack. - Chciałbym wiedzieć. I dlaczego ty się tak zaangażowałaś?

- Nie mam nawet do tego uprawnień – powiedziała Esther. - Ale mój przyjaciel, ja... Mówiłam mu o Torchwood i… Miał wypadek. Kiedy z nim rozmawiałam i nie mogę przestać myśleć, że… to moja wina.

- Znam to uczucie – powiedział Jack.

- Więc czym jest Torchwood? – spytała Esther.

- Torchwood już nie istnieje – odpowiedział Jack.

- Więc czym było? – spytała Esther. – Bo w tej teczce były zdjęcia mężczyzny, który wyglądał tak samo, jak ty, ale były z 1939 i 1925. Czy to twój ojciec?

- Pewnie tak musi być – odpowiedział Jack. Zdjął płaszcz i popatrzył na swoją rękę. Miał tam ranę.

- Nic ci nie jest? – spytała Esther.

- Nie – odpowiedział Jack, trochę skonfundowany. - Zraniłem się w ramię.

- Biorąc pod uwagę, przez co właśnie przeszliśmy, to cud, że tylko tyle – powiedziała Esther.

- Ta, kolejny – powiedział Jack. - Instytut Torchwood został założony w 1879 roku przez brytyjską rodzinę królewską. Miał bronić królestwo Wielkiej Brytanii badając to, co dziwne, niezwykłe… i obce.

- Zgaduję, że „obce” nie znaczy „zagraniczne” – powiedziała Esther.

- „Obce” znaczy „pozaziemskie” – powiedział Jack.

- O mój Boże – powiedziała Esther.

- To, co się teraz dzieje na świecie, to ten rodzaj sytuacji, które badaliśmy – powiedział Jack.

- Podobno wszyscy członkowie Torchwood umarli – powiedziała Esther. – Ale w folderze znalazłam zdjęcia. Gwen Cooper, Ianto Jones, Owen Harper, Toshiko Sato, [T/I] [T/N], bez daty zgonu.

- Wciąż żyją – powiedział Jack. – I zamierzam zapewnić im bezpieczeństwo. Co oznacza upewnienie się, że Instytut jest martwy i pochowany.

- Więc… ten pierwszy e-mail z wczoraj, ten, w którym było słowo "Torchwood"... – zaczęła.

- To nie byłem ja – powiedział Jack. – Bóg wie, kto. Ale tyle wystarczyło, żebym wrócił i zacząłem pracować, uwalniając złośliwe oprogramowanie, niszcząc kopie, usuwając wszystkie ślady tego słowa, używając Retconu. Co to jest Retcon?

- Co to jest Retcon? – spytała kobieta, zakręcając butelkę, z której przed chwilą się napiła.

- To inteligentna pigułka – odpowiedział Jack. - Powoduje selektywną amnezję.

Esther popatrzyła na wodę. Zrozumiała. Popatrzyła na Jacka.

- Nie – powiedziała.

- Nic z tego nie zapamiętasz – powiedział Jack. W tym momencie Esther poleciała na niego nieprzytomna.

- Miło było cię poznać, Esther – powiedział Jack. Zostawił Esther w jej domu i ruszył pracować dalej. Jakiś czas później był w szpitalu, gdzie przeniesiono ofiary wybuchu i miano się im przyjrzeć. Podszedł do lekarki i ludzi w wojskowych ubraniach i pokazał swoje dokumenty, mówiąc:

- FBI.

Razem z nimi ruszył dalej. Dotarli do kostnicy. Czekała tam już trójka ludzi i kamera.

- Zaczynamy sesję pod nadzorem chirurga profesora Victora Louisa Santini i świadków, których lista trafi do szpitalnej rejestracji – powiedział jeden mężczyzna, jak weszli. - Celem badania jest ustalenie... Cóż, sami zobaczycie. Po wybuchu w archiwach CIA... Jedna z ofiar została... Tak, sądzę, że możemy... Przepraszam. Jestem tu jako ekspert, ale nie mam pojęcia, co to do diabła jest.

Dał znak i dwójka pozostałych ludzi zdjęła przykrycie z ciała mężczyzny zmarłego w wybuchu. Jeśli można je było nazwać ciałem.

- Sądzimy, że ten mężczyzna był w samym centrum eksplozji – powiedział Santini. - I nadal żyje. Jak widać, skóra jest spalona. Nie jest niezniszczalny, po prostu nie umiera. Wiecznie żywy... Będzie nam potrzebne nowe słownictwo. Ale efekt jest ten sam na całym świecie.

- Cz-czy on jest świadomy? – spytała lekarka, która przyprowadziła tutaj Jacka i resztę. – Wygląda na to, jakby był nadal świadomy.

- Przepraszam, zastanawiam się... – powiedział Jack i pokazał swoją odznakę. – John Tyler,  FBI. Co gdybyśmy odcięli mu głowę? Znaczy… czy nadal by żył… bez swojej głowy?

- Proponuję sprawdzić – odpowiedział Santini.

- Przepraszam, nie możecie tego zrobić – zaprotestowała lekarka. – Znaczy, naprawdę nie możecie. Ten człowiek nie jest martwy. To nasz pacjent.

- Pani uwaga została odnotowana, doktor Juarez – powiedział Santini, przygotowując się. – Teraz, zaczynamy?

Zaczął odcinać głowę. Po chwili skończył. Wszyscy patrzyli na mężczyznę w napięciu. Juarez podeszła bliżej. Kiedy Jack zaczął myśleć, że mężczyzna umarł, ten nagle otworzył oczy.

- O mój Boże – powiedziała Juarez.

- Nie mówcie mi, że to wirus, że to ewolucja, czy coś takiego – powiedział Santini. - To celowa interwencja. Wszyscy z nas zostali zmienieni. Zgodnie z czyimś planem.

- Ale jak? – spytała Juarez. – Kto mógłby to zrobić?

- Kto ma możliwości? – spytał Santini. – Prosta odpowiedź. Nikt na Ziemi.

Jack wycofał się z pomieszczenia. Nie podobało mu się to. Wcale a wcale.

~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~

- Przypomnij mi, co tu robimy? – spytał Ianto Tosh. Byli w szpitalu świętej Heleny.

- Bo Owen myśli, że tutaj możemy coś znaleźć – odpowiedziała Tosh. – Nikt nie umiera, ludzie zaczynają czcić lekarzy… Znalazłeś coś?

Owen chwilę wcześniej poszedł dostać się do medycznych danych. Stanął koło nich.

- Nie, ale nie zgadniecie, kto jest w szpitalu – powiedział. – Ojciec Gwen.

- Ojciec Gwen? – spytała z niedowierzaniem Tosh. – Ale to może oznaczać, że ona też tu jest! Albo przynajmniej jej rodzice wiedzą, gdzie jest!

- To samo pomyślałem – powiedział Owen. – Chodźmy.

Tosh i Ianto ruszyli za Owenem. Owen kierował ich do pokoju, w którym był tata Gwen. W końcu dotarli do właściwych drzwi. Owen otworzył drzwi nagle, przestraszając stojącego przy nich Andy’ego. Wszyscy w środku natychmiast popatrzyli w stronę drzwi. Jedną z tych osób była… Gwen. Owen wyszczerzył się.

- Kogo my tu mamy? – spytał.

- O mój Boże! – wykrzyknęła Gwen i rzuciła mu się w ramiona. Następnie wyściskała Tosh i Ianto.

- Jak dobrze was widzieć! – powiedziała, ściskając po raz drugi Tosh. Ianto i Owen w tym czasie przywitali się z Rhysem, rodzicami Gwen i Andym. No i oczywiście córeczką Gwen.

- Czy [T/I] też tu jest? – spytała Gwen, puszczając Tosh. Ta poszła przywitać się z resztą.

- Nie, nie widzieliśmy jej od czasu, kiedy zniknęła – odpowiedział Owen.

- Chociaż mamy wrażenie, że nas obserwuje – powiedział Ianto.

- Tak, to by było w jej stylu – zgodziła się Gwen. – Co wy w ogóle tutaj robicie?

- Próbujemy się dowiedzieć, o co chodzi z tym Dniem Cudu – odpowiedziała Tosh. – Odnalezienie ciebie to przypadek, choć przyjemny.

- O co chodzi z tym Dniem Cudu? – spytała Gwen.

- Dobre pytanie – powiedział Owen. – Dowiedzmy się.

Chwilę później Gwen, Owen, Tosh, Ianto i Andy siedzieli przy komputerze i szukali coś na temat Dnia Cudu.

- Na całym świecie tak jest – powiedziała Gwen, włączając kolejną stronę. – Spójrzcie! Spójrzcie na to! Somalia przestała walczyć.

- Wojna jest jeszcze gorsza, kiedy ciała nie chcą umierać – powiedział Owen. – Ale popatrzcie na Północną Koreę. Tylko zachęcają do wojny. Mają mnóstwo żołnierzy, którzy myślą, że są nieśmiertelni,

- Ale ten cud dotknął tylko ludzi – powiedziała Tosh. - Musiał. W Internecie piszą, że gdyby insekty przestały umierać, to w 48 godzin mielibyśmy plagę. Nic takiego się nie stało, więc… to coś jest wycelowane tylko w nas.

- Spójrzcie na to. Przesuń się – powiedział Ianto i zabrał Gwen myszkę.

- To wszystko mi umknęło – przyznał Andy.

- A nam nie – powiedziała Tosh.

- Bez was jest bardzo spokojnie – powiedział Andy.

- Och, cicho – uciszyła go Gwen.

- To jedziemy, spójrzcie – powiedział Ianto. – Planeta Ziemia. Średnio umiera dziennie 300000 ludzi. Więc jeśli przestaną umierać, to jest to dodatkowy milion w tylko 3 dni.

- Dodaj do tego pół miliona dzieci, które codziennie się rodzą – dodał Owen. - To kolejny milion co dwa dni do poprzedniego miliona. Jasna cholera.

- To najszybszy boom demograficzny w historii ludzkości – powiedział Ianto.

- Zabraknie nam miejsca – powiedziała Gwen.

- Najpierw zabraknie żywności – powiedziała Tosh. - Jeden gość w telewizji mówił, że mamy 4 takie miesiące, tylko 4 miesiące i to tyle, społeczeństwo się po prostu załamie. Będziemy walczyć o jedzenie jak zwierzęta.

- Oi! – usłyszeli nagle Rhysa, który się pojawił. - Co wy tu robicie?

- Po prostu prosiłem o radę – odpowiedział Andy.

- Ta, nawet nie zaczynaj – powiedział Rhys. - Gwen?

- Tak? – spytała Gwen.

- Żadnych więcej śledztw, obiecałaś – powiedział Rhys. – Jesteśmy tu, by zobaczyć się z twoim tatą, tyle, tak?

- Chcesz sam zobaczyć? – spytał Owen i wstał. - Dalej, bystrzaku, za mną.

Owen ruszył przed siebie. Rhys, Gwen, Tosh i Ianto poszli za nim. Doszli na OIOM. Ludzie w łóżkach byli na korytarzu.

- Zobacz! – powiedział Owen. - Na OIOM-ie nie ma miejsc. Już mają tylko 12 łóżek dla 17 pacjentów.

- A co będzie jutro? – spytała Gwen. - I pojutrze? I potem? I nas…

- Posłuchaj – przerwał jej Rhys. - Zawsze, kiedy prowadzisz śledztw, jesteś w niebezpieczeństwie, Gwen.

- Bo mogę pomóc – powiedziała Gwen.

- Ani się waż! – powiedział Rhys.

- Ale... – zaczęła Gwen.

- Ani się waż! – przerwał jej ostro Rhys. - Rozumiesz? Ani się waż, do cholery, Gwen! Załóżmy, że Dzień Cudu jest jak sprawa Torchwood. Nie tylko wy tak pomyślicie, prawda? Będą chcieli was znaleźć i zabić. Tak, jak kiedyś.

- Pewnie masz rację – mruknął Ianto.

- Nie powinno nas być w mieście – powiedział Rhys. - Wszędzie są tu kamery. A teraz wszystko się zmieniło. Masz córkę. I nie możesz jej narażać na niebezpieczeństwo! Dlatego mieszkamy na odludziu. Dla jej bezpieczeństwa. Musimy tam wracać!

- Wiesz, Rhys, lubię cię i w ogóle, ale myślę, że Gwen ma prawo decydować o własnym życiu – powiedział Owen. Rhys popatrzył na niego z wściekłością. Tosh i Ianto zapragnęli zniknąć. Nie czuli się komfortowo oglądając małżeńską kłótnię.

- Mój tata jest chory – powiedziała Gwen.

- Och, pomyśl o tym! – krzyknął Rhys. – Ludzie nie umierają, przeżyje!

- Już dobrze – uciszyła go Gwen. – Już dobrze.

- Pomyśl o Anwen – powiedział Rhys i nagle się zaśmiał. - Może nasza córka będzie żyć wiecznie.

- Przestań, dobra? – powiedziała Gwen, stając przed nim. - Nie mieszaj jej w tę... tę sprawę, dobra? Przestań! Myślisz, że mogłaby?

- Być może – odpowiedziała Tosh, do której było skierowane pytanie.

- Widzisz? – spytał Rhys. - Może powinnaś zostawić sprawy własnemu biegowi. Choć raz.

Gwen popatrzyła na ludzi w łóżkach na korytarzu. Następnie na Tosh, Owena i Ianto.

- Wracajmy do domu – powiedziała w końcu.

- Tak – powiedział z ulgą Rhys.

- Wracajmy do domu – powtórzyła Gwen i wskazała na trójkę przyjaciół. – Ale wy jedziecie z wami. Nie spotkaliśmy się ponownie, by od razu się rozdzielać.

- Nie ma sprawy – powiedział Owen, wzruszając ramionami. Tosh i Ianto uśmiechnęli się. Oni też nie chcieli się rozdzielać z Gwen. Może i mieli dać tej sprawie spokój. Ale nie chcieli się jeszcze żegnać.

~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~

Kiedy Owen, Gwen, Tosh, Ianto, Rhys i Anwen wychodzili ze szpitala, ty do niego wchodziłaś. Nawet minęliście się w drzwiach, ale oni nie zauważyli cię przez twój kaptur na głowie. Ty jednak zatrzymałaś się i odwróciłaś. Obserwowałaś, jak wsiadali do samochodów. Uśmiechnęłaś się, jak zobaczyłaś, że jadą w tym samym kierunku. Cieszyłaś się, że znowu byli razem. Kto wie? Może niedługo i ty się z nimi spotkasz? Odwróciłaś się z powrotem w stronę szpitala. Wbrew temu, co powiedziałaś swojej kuzynce, zamierzałaś zająć się sprawą Dnia Cudu. Ale ona nie mogła o tym wiedzieć. Tak było dla niej bezpieczniej. Weszłaś do szpitala. Tak jak Owen, Tosh i Ianto, tam postanowiłaś zacząć swoje poszukiwania.

~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~

Tosh, Ianto i Owen byli w domu Rhysa, Gwen i Anwen. Owen cały czas narzekał, jak mogą żyć na takim odludziu. Tosh próbowała hamować jego komentarze, co jej tak średnio wychodziło. Owen zaczął się spierać nad czymś z Rhysem, kiedy Ianto, który akurat podszedł do okna, powiedział:

- Ludzie… mamy gościa.

Wszyscy natychmiast ruszyli do niego. Jakiś ciemnoskóry mężczyzna przechodził przez bramkę. Gwen już miała ruszyć do drzwi, ale Owen ją wyprzedził. Chwycił swoją broń, otworzył drzwi i wycelował w intruza. Ten wycelował swoją w niego, mówiąc:

- CIA!

- Ta? I co z tego? – spytał Owen. Nagle mężczyzna zaczął kaszleć i upadł na ziemię. Owen zamrugał. Przecież jeszcze nic nie zrobił. On, Ianto i Rhys wzięli rannego faceta do domu i przywiązali go do kaloryfera. Potem wszyscy rzucili się pomóc pakować Gwen i Rhysowi. Gwen poszła do pokoju, gdzie związali intruza, po walizkę.

- Wyjeżdżamy – powiedziała do niego. – Będziemy mieć nad tobą dużą przewagę i wezwiemy karetkę. Nie jedź za nami. Nawet nie próbuj. My po prostu chcemy żyć w spokoju, jasne?

Wyszła z pokoju i zamknęła za sobą drzwi. Podała walizkę Tosh, a sama wzięła Anwen. Po chwili usłyszeli, jak intruz wychodzi z pokoju. Wszyscy wyszli na korytarz.

- Nie ruszaj się, stary! – powiedział Owen. On, Tosh, Ianto i Gwen celowali w mężczyznę pistoletami.

- To tyle w sprawie więzów – powiedział ponuro Ianto.

- Nigdy nikogo nie wiązałem – bronił się Rhys.

- Faceci robią dobre węzły – powiedziała Gwen. - Ile razy mi to mówiłeś?

- Ta, na Boże Narodzenie! – odpowiedział Rhys.

- Hej! Hej, hej, hej, hej, hej! – przerwał ich kłótnię mężczyzna. - Przebił mnie pręt. Byłem martwy, potem nie byłem. Musiałem… zapłacić za ten most. I teraz chcę wiedzieć, co się, do cholery, dzieje, dobra? Ponieważ, byłem martwy, a teraz nie jestem. I jeśli to ma coś związanego z Torchwood albo z wami, albo z kimkolwiek, to muszę… Wiecie, bardzo by mi pomogło, gdybym mógł słyszeć własne myśli!

Od chwili bowiem słychać było helikopter. Mężczyzna odwrócił się i przez okno zobaczył rzeczony helikopter.

- Co, do diabła, on robi? – spytał mężczyzna.

- To turyści – odpowiedział Rhys.

- Nie – powiedziała Tosh, patrząc na helikopter ze zmarszczonymi brwiami. Helikopter obrócił się do nich bokiem. Przez drzwi zobaczyli mężczyznę. Z bronią.

- Nie, nie sądzę, że to to – powiedział Ianto. Mężczyzna wycelował w nich broń.

- Kochanie – szepnęła Gwen, całując Anwen w głowę. Mężczyzna wystrzelił pocisk.

- Cofnijcie się! – krzyknął Owen i pociągnął Tosh do najbliższego im pokoju. Tam cofnął się też Rhys. Agent CIA wycofał się do pokoju, z którego wyszedł. Gwen, Anwen i Ianto wycofali się do trzeciego pokoju. Pocisk przeleciał przez korytarz, wyleciał przez drugie okno i wybuchnął. Gwen była wkurzona. Podała Ianto Anwen, wyszła na korytarz i zaczęła strzelać do helikoptera, zbliżając się do okna. Kiedy był już za daleko, wróciła się i odebrała od Ianto Anwen. Wszyscy szybko ruszyli na zewnątrz.

- Do samochodów! – krzyknął Owen. – Dalej!

Helikopter znowu się pojawił. Przyspieszyli. Nagle ktoś zaczął strzelać do helikoptera. Schylili się i cudem dobiegli do auta. Helikopter odleciał. Przynajmniej na chwilę. Podnieśli głowy i popatrzyli na osobę, która ich uratowała.

- Jasna cholera – zaklął zszokowany Owen.

- O mój Boże – westchnęła Tosh. Ianto i Gwen tylko się uśmiechnęli szeroko. Rhys westchnął i pokręcił głową. Przed nimi, w samochodzie, z karabinem w ręce, stał kapitan Jack Harkness.

- Nawet na minutę nie mogę was zostawić – powiedział, uśmiechając się.

- To ty – powiedział agent CIA. On i Jack spotkali się, jak lecieli do Walii. Jack zabrał mu telefon, kiedy ten nie posłuchał stewardessy.

- Nigdy więcej mnie nie irytuj – powiedział Jack. – Teraz do środka.

Wszyscy cudem wpakowali się do terenówki. Jack zaczął prowadzić samochód przez plażę. Helikopter ich ścigał. Po chwili zaczął do nich strzelać.

- Schylcie się! – krzyknął Jack.

- Jack, na litość boską, mamy tu dziecko! – krzyknął Rhys.

- Mam dla was z tyłu prezenty! – krzyknął Jack.

- Daj mi ją, Gwen, dziecko! – powiedział Rhys, przejmując od Gwen dziecko. Owen, Tosh, Ianto i Gwen zaczęli szukać prezentów.

- Ty tam, z CIA, zrób coś użytecznego! – krzyknął Jack.

- W Walii są sami wariaci! – powiedział agent CIA, podnosząc się z bronią Jacka. - Padnij!

Odwrócił się i zaczął strzelać. Tosh, Ianto i Owen znaleźli karabiny dla nich. Zaczęli mu pomagać. Strzelali na zmiany. W końcu, chwilę później, Jack zatrzymał samochód. Gwen wstała, w rękach trzymając prezent od Jacka.

- Kim wy jesteście, do cholery? – spytał agent CIA.

- Torchwood! – odpowiedziała Gwen, celując w helikopter bazooką. Wystrzeliła. Pocisk trafił prosto w helikopter. Stanął w ogniu i zaczął na nich niebezpiecznie lecieć. Szybko się schylili. Helikopter rozbił się kawałek za nimi. Podnieśli się. Wysiedli z samochodu. Jack, Ianto, Tosh, Owen i Gwen stanęli przed płonącym helikopterem. Uśmiechnęli się do siebie.

- W porządku – powiedział Jack. – To teraz jedziemy po [T/I].

- Jak ją znajdziemy – powiedział Owen, kiedy ruszyli z powrotem do samochodu. – Próbowaliśmy ją znaleźć przez ostatni rok i nic nam z tego nie wyszło.

- Bo nie chciała, żebyście ją znaleźli – powiedział Jack, wsiadając do samochodu. – Ze mną jest inaczej. Chce, żebym ją znalazł. Przynajmniej mam taką nadzieję.

~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~

Szpital nic ci nie dał. Oprócz tego, że musiałaś później przez kilka godzin kluczyć między uliczkami, bo myślałaś, że ktoś cię śledzi. Nawet się nie zorientowałaś, kiedy dotarłaś do dawnej wieży Torchwood, teraz odbudowanej po wybuchu. Stanęłaś przed nią. Przez chwilę wpatrywałaś się w nią ciszy, wspominając stare, dobre czasy. Nagle zorientowałaś się, że ktoś cię obserwuje. Odwróciłaś się i zamarłaś. Kilka metrów od ciebie stał Jack. Wpatrywał się w ciebie. Nie zauważyłaś ich, ale kawałek za nim stali Tosh, Owen, Ianto, Gwen, Rhys i gość z CIA. Ty patrzyłaś tylko na Jacka. Nie wiedziałaś, co powinnaś zrobić. Nawrzeszczeć na niego? Rozpłakać się? Rzucić się mu w ramiona? Przez chwilę staliście i po prostu na siebie patrzyliście. W końcu zdecydowałaś się na trzecią opcję. Zaczęłaś do niego biec z szerokim uśmiechem na twarzy. Jack uśmiechnął się niepewnie (wciąż nie wiedział, czy go przypadkiem nie uderzysz) i rozłożył szeroko ramiona. Wpadłaś w nie i wtuliłaś się w niego. Jack objął cię mocno. Ścisnęłaś jego płaszcz. Przez minutę tak staliście. W końcu odsunęłaś się i pocałowałaś go w usta. Jack z pasją oddał pocałunek. Warto było tyle czekać dla takiego pocałunku. Ale nie powtórzyłabyś tego. Odsunęliście się od siebie. Uśmiechnęłaś się do niego.

- Witaj w domu – powiedziałaś. Jack uśmiechnął się.

- Nie jesteś zła? – spytał. – Nie uderzysz mnie?

- Nie i nie – odpowiedziałaś. – Wiedziałam, że wrócisz. Ja…

- Te, gołąbeczki! – przerwał ci Owen. – Cieszę się, że się pojednaliście, ale mamy robotę!

Ty i Jack zaśmialiście się. Odsunęliście się od siebie. Poszłaś przywitać się z przyjaciółmi. Agenta CIA zmierzyłaś tylko wzrokiem. W międzyczasie opowiedzieli ci, co się stało. Zaczęliście planować następny ruch.

- Dobra – powiedziała po jakimś czasie Gwen. – Więc to jest ustalone. Rhys, zabierz Anwen do mojej matki i przypilnuj, żeby była bezpieczna. Jack, jeśli masz dostęp do broni, to do jakich? Mam jeszcze stare I-5, ale wszystko inne przepadło.

- Wiedziałem, że tak będzie – powiedział Rhys. – Nie mówiłem? Zaczynają się kłopoty i uciekasz z kapitanem Jackiem Mam-cię-w-nosie.

- Jaki ma wybór? – zaczęła bronić Gwen Tosh. – Znaczy, odbudowali wieżę. Teraz my odbudujemy Torchwood.  Prawda, Jack?

- Słuchasz nas w ogóle? – spytał Ianto, kiedy Jack nie odpowiedział.

- Zraniłem się w rękę – powiedział Jack. Zmarszczyłaś brwi.

- Dobra. Nic nie mogę na to poradzić, ale wydaje mi się, że są ważniejsze sprawy – powiedział Owen.

- Nie. Zraniłem się w rękę. Spójrzcie na nią – powiedział Jack i pokazał swoją ranę. - Nie goi się.

- Masz na myśli…? – zaczęłaś.

- Zostaję ranny – powiedział Jack.

- O mój Boże – powiedziała zszokowana Tosh.

- Wiem – powiedział Jack.

- Ale poważnie – powiedziała Gwen.

- To zaledwie draśnięcie – powiedział Rhys.

- Ale to Jack – powiedziałaś. - Nie rozumiesz? Cały świat staje się… nieśmiertelny…

- A ja śmiertelny – wtrącił Jack. – Nie leczę się. Znowu jestem normalny. Jestem zwyczajnym, starym człowiekiem.

- Jesteś czym? – spytał agent CIA. Prawie o nim zapomniałaś. Prawie.

- Nie twój interes! – krzyknął do niego Owen.

- Mówicie powalone rzeczy, wiecie o tym? – spytał agent CIA.

- Trzeba to opatrzyć – powiedział Ianto, mając na myśli ranę agenta CIA.

- Ta, za chwilę już – powiedział agent CIA. W tym momencie rozległy się syreny policyjne.

- A, nadchodzi mój transport – powiedział agent CIA, podnosząc się. Podjechała policja. Zaczęliście uciekać. Zanim jednak dotarliście do połowy placu, zostaliście otoczeni. Zatrzymaliście się. Policjanci celowali w was bronią. Jack znalazł twoją dłoń i ścisnął ją lekko. Oddałaś uścisk. Wśród policjantów był między innymi Andy.

- Andy, nie możesz tego zrobić – powiedziała Gwen.

- Rozkazy z góry. Przepraszam – powiedział Andy i wskazał głową na agenta CIA. - On tu dowodzi.

- Od kiedy? – spytał Ianto.

- Nie może nas aresztować, jest Amerykaninem – powiedziała Tosh.

- Nie chcę wam psuć słodkiego przyjęcia z herbatką, ale to nie jest aresztowanie – powiedział agent CIA. - To przekazanie. W imieniu CIA, zgodnie z poprawkami 456 do kodu 3184 Stanów Zjednoczonych, zarządzam ekstradycję tego tak zwanego zespołu Torchwood do Stanów Zjednoczonych Ameryki. Teraz… zabierzcie mnie stąd! Zabierzcie mnie do domu.

Policja zbliżyła się do was. Tosh i Owen wymienili spojrzenia. Ty ścisnęłaś jeszcze mocniej rękę Jacka. Nie było dobrze. Było bardzo, bardzo źle.