Actions

Work Header

All Dogs Go To Heaven

Chapter Text

W radiu leciało klasyczne Eye Of The Tiger, więc Dean podkręcił głośność. Nic nie relaksowało go bardziej od dobrego, starego rocka, a tak się składało, że w tej chwili bardzo potrzebował rozluźnienia. W końcu kilka godzin temu udało mu się powstrzymać jednego z najbardziej poszukiwanych seryjnych morderców. Wielu innych agentów FBI byłoby zadowolonych, gdyby to oni zastrzelili psychopatycznego zabójcę, ratując tym samym młodą matkę z półrocznym niemowlęciem, ale on jedynie czuł niepokój związany z anonimowym telefonem, zdradzającym miejsce pobytu poszukiwanego. Na kilkanaście minut przed ostateczną konfrontacją odebrał telefon od mężczyzny z niskim i najprawdopodobniej przerobionym komputerowo głosem, który zdradził mu adres najnowszej wybranej rodziny. Udało mu się wkroczyć w ostatniej chwili, przez co zmuszony był oddać strzał. Dzisiejszy dzień wykończył go psychicznie jak i fizycznie. Już po całej akcji chciał jak najszybciej znaleźć się w domu, wśród swoich futrzastych pupilów, ale niestety jego bezduszny szef kazał mu udzielić kilku wywiadów dla dziennikarzy śledczych, a na sam koniec odwalić całą papierkową robotę zamykającą sprawę.  

Dean wziął głęboki wdech i skupił się na słowach śpiewanych przez Dave'a Bicklera. Nie chciał już dłużej niepokoić się tajemniczym telefonem, najważniejsze, że wszystko się udało. Sprawa Żółtookiego Demona z Lawrence w końcu została zamknięta po kilku miesiącach wycieńczającego pościgu, młoda rodzina już wkrótce wróci do normalnego, spokojnego życia, a jemu przydzielono dwa dni wolnego i być może sprawa ta da mu długo wyczekiwaną sławę i udowodni wszystkim, że Dean znajduje się na właściwym miejscu. Czyli wszystko powoli układało się znakomicie.  

Na krótką chwilę odwrócił wzrok od drogi, którą znał na pamięć i spojrzał na zegarek. Wskazówki zatrzymały się na godzinie dwudziestej trzeciej czterdzieści pięć. Wykonał w głowie kilka obliczeń i doszedł do wniosku, że do domu dotrze jeszcze przed północą. Jak na taki pracowity i pełny wrażeń dzień, to i tak wraca dosyć wcześnie. Dean już trochę rozluźniony, pozwolił sobie na odetchnięcie z ulgą. Piosenka w końcu zaczęła na niego w pełni oddziaływać i po chwili zaczął stukać palcami o kierownicę swojej ukochanej Impali w rytmie muzyki, co chwila włączając się w refren. Zerknął jeszcze na świecącą na czerwono kontrolkę informującą o niskim poziomie paliwa i zanotował w pamięci, aby z samego rana napoić dziecinkę. 

Jego myśli nareszcie uciekały w stronę prywatnego życia. Nie mógł się doczekać aż będzie na miejscu, gdyż dzięki wcześniejszemu powrotowi uda mu się jeszcze wyjść na spacer z psami. Miał nadzieję, że jego brat dał radę zajrzeć do nich w ciągu dnia, żeby sprawdzić, czy nie brakowało im w miskach wody lub jedzenia. Dean i tak przed każdym wyjściem napełniał wszystkie miski suchą karmą, zostawiał na podłodze wiadro pełne wody i uchylał klapkę w drzwiach, żeby w każdej chwili mogły wyjść na zewnątrz, ale nigdy dokładnie nie wie, ile czasu spędzi w biurze, ile w terenie i kiedy wróci do domu, dlatego prosi Sammy'ego, aby ten za każdym razem jak znajdzie wolną chwilę zaglądał do jego domu. Wiele razy słyszał od niego, że nie powinien przygarniać psów jeżeli jest się federalnym agentem, ale Dean jest uparty i zawsze stawia na swoim, a poza tym nie potrafiłby oddać bezpańskiego psa do schroniska. Mając do wyboru ciasne klatki i przeterminowaną karmę, a przestronny dom z dobrym, psim towarzystwem, chyba każdy czworonożny wybrałby opcję numer dwa.  

Dean przyciszył radio po skończonym utworze i całą uwagę skupił na drodze. Jechał teraz przez odcinek w lesie, na którym znalazł potrąconego przez samochód Bucky'ego, włóczącego się i wygłodzonego Ozzy'ego oraz rannego w łapę Zepplina, czyli statystycznie ujmując, jechał teraz drogą, na której znalazł większość swoich włochatych przyjaciół. Nigdy nie dowiedział się skąd się tutaj wzięły, na takim totalnym zadupiu, kilkadziesiąt kilometrów od zabudowań. Podejrzewał, że jacyś idioci porzucili ich i odjechali, myśląc, że skoro ta droga prowadzi na całkowite pustkowie, to nikt ich nie znajdzie.  

Po przejechaniu kilku kilometrów przyspieszył, uznawszy, że tym razem nie znajdzie nowego członka rodziny. Następnie odbił od głównej drogi w lewo i znalazł się na ostatniej prostej do domu. 

Nagle jego uwagę przykuł masywny kształt znajdujący się na poboczu, mniej więcej wielkości dorosłego goldena retrivera, a może nawet czegoś większego. Zauważył to kątem oka i wolał się upewnić, że to nie kolejny porzucony zwierzak, więc zatrzymał samochód. Ze schowka wyjął latarkę, sprawdził czy za paskiem spodni spoczywał pistolet i wyszedł na zewnątrz. Padał ulewny deszcz, więc zorientowanie się w jakiej odległości znajdował się od domniemanego ciała zajęło mu chwilę. Odzyskawszy orientację udał się w odpowiednią stronę, oświetlając teren światłem z latarki. 

Zdziwił się, ponieważ był gotów zobaczyć jasną sierść psa, a nie beżowy trencz zarzucony na... coś. Dean w duchu miał nadzieję, żeby tym czymś okazał się jakiś kamień lub wielka gałąź, ale znając jego szczęście zapewne było to ludzkie ciało. Skierował światło bardziej na prawo i jego oczom ukazały się wyprostowane, długie nogi, przez co upewnił się, że jednak ma pecha. Westchnął ze zmieszaną rezygnacją i irytacją, gdyż jego pracowity i wycieńczający dzień najwyraźniej jeszcze się nie skończył. Dean szybko otrząsnął się i wyrzucił z głowy błahe myśli, a następnie przybrał zawodową postawę. Momentalnie cały się spiął i wyostrzył wszystkie zmysły. Sekundę później w jego prawej ręce znajdował się colt, a nad nim ułożył dłoń z latarką. 

Zaczął analizować sytuację. Jeżeli jest to martwe ciało, była duża szansa, że morderca nadal był w okolicy. Dean przybliżył się do leżącej osoby i zaczął rozglądać się wokoło, wytężając słuch. Jedyne co słyszał to zapalony silnik Impali oraz szelest spadających kropli wody. Nie zauważył niczego podejrzanego, oczywiście nie licząc potencjalnych zwłok. Upewnił się, że na pewno tylko on jest jedyną przytomną osobą w tej części lasu i dopiero po niecałej minucie podszedł do ciała, nadal trzymając przed sobą pistolet.  

Osobą okazał się być mężczyzna, na oko w wieku trzydziestu lat. Dean uklęknął przy nim i sprawdził tętno. Było słabe i ledwo wyczuwalne. Jego oczy zatrzymały się na długiej i szerokiej ranie na gardle, z której na szczęście nie sączyła się krew, ale zdecydowanie potrzebowała odkażenia. Bardzo go to zdziwiło, ponieważ wszystko wskazywało na to, że jakiś czas temu ktoś mu poderżnął gardło, ale jakimś cudem mężczyzna został uratowany. Dean na wszelki wypadek postanowił obejrzeć go całego. Oczy nieprzytomnego były zamknięte, z głowy nie wypływała krew, więc wykluczył uraz czaszki. Szybko sprawdził resztę ciała szukając rany postrzałowej lub ciętej, albo jakiegoś innego uszkodzenia, ale nic nie zauważył. Żadnych czerwonych plam. Do głowy przyszła mu możliwość uszkodzonego kręgosłupa ale pozycja, w której się znajdował na to nie wskazywała. Wyglądał tak, jakby po prostu położył się na poboczu. Głęboka szrama na gardle wyglądała jakby za chwilę miała się otworzyć, więc Winchester rozwiązał swój krawat i delikatnie owinął nim szyję mężczyzny, zachowując przy tym wszelką ostrożność.  

-Hej! - Dean zaczął wołać, próbując go obudzić. - Hej, kolego! Co się stało? Hej, proszę otworzyć oczy! - Lekko potrząsnął jego ramionami. - Halo? 

Nie otrzymał żadnej reakcji, co tylko potwierdziło brak przytomności. Dean wyjął z kieszeni telefon komórkowy i już miał dotknąć ekran przy dziewiątce, kiedy zobaczył, że nie ma ani jednej kreski zasięgu.  

-Oczywiście, że nie ma zasięgu. Po co komu zasięg na totalnym zadupiu w lesie - mruknął pod nosem. - Teraz tylko czekać, aż jakiś psychopata wybiegnie z lasu i zarżnie mnie jak zwykłą świnię swoją zardzewiałą siekierą, tak jak w każdym dennym horrorze - prychnął.  

Dean z powrotem schował telefon do kieszeni. Jeszcze raz delikatnie potrząsnął mężczyzną, ale rezultat był dokładnie taki sam jak za pierwszym razem. Dla pewności i swojego bezpieczeństwa sprawdził jego kieszenie, czy aby przypadkiem nie znajdywały się w nich jakieś dokumenty, pistolet lub nóż, ale niczego takiego na szczęście i nieszczęście nie znalazł.   

Znienacka usłyszał trzask gałęzi za sobą, więc gwałtownie podniósł się na nogi i odwrócił w kierunku dźwięku. Palec trzymał na spuście, gotowy, aby strzelić w każdym momencie. Rozejrzał się dookoła, ale po raz kolejny nikogo nie zauważył. Czuł jak poziom adrenaliny wzrastał w jego organizmie, ogrzewając każdy zakamarek ciała, a serce zaczynało bić szybciej, jakby chciało z niego wyskoczyć, ale pomimo tego udało mu się utrzymać całkowity spokój i zimną krew. Powoli zrobił krok do przodu, obserwując teren między drzewami i gałęziami, tak dokładnie, na ile pozwalało mu słabe światło latarki. Przypomniał sobie, że nie powinien zbyt długo wpatrywać się w tę samą stronę, jeżeli nie chciałby dostać w plecy. Dźwięk łamanej gałęzi mógł być tylko odwróceniem uwagi. Winchester zrobił mały krok w prawo, obrócił się przodem do nieprzytomnego mężczyzny i zamarł. Kompletnie nie spodziewał się tego, co zobaczył.  

Nieprzytomny mężczyzna nie był już nieprzytomny. Siedział na ziemi, na wprost Deana, całkowicie wyprostowany, z nogami wyciągniętymi przed sobą. Nie opierał się na rękach tylko trzymał je swobodnie na udach. Głowę miał lekko przechyloną na bok, oczy były zmrużone, a ciemne i mokre od deszczu włosy oklapły na czoło. Wyglądał na zdezorientowanego, jakby się nad czymś intensywnie zastanawiał. Czerwony w białe paski krawat dalej był zawiązany na jego szyi, a mężczyzna zdawał się nie zwracać na to najmniejszej uwagi. 

W tej samej chwili Dean zorientował się, że oprócz jego dziecinki i deszczu nic innego nie wydawało dźwięku. Wiatr ustał, liście przestały szeleścić, nie słychać było ani jednego świerszcza. Cisza ze strony natury była prawie niemożliwa. W swojej zawodowej karierze jako federalny agent, jeszcze nigdy nie przeżył tak dziwnego i intensywnego momentu, jakby żywcem wyciągniętego ze scenariusza filmowego. Czuł na plecach przeszywające go ciarki. Winchester szybko otrząsnął się i opuścił pistolet, nie chcąc go wystraszyć. Powoli kucnął, żeby oboje byli na tym samym poziomie.  

-Hej, wszystko w porządku? - zaczął cicho. - Co się stało? Jesteś ranny? - pytał, ale nie otrzymał żadnej odpowiedzi. Nieznajomy w beżowym trenczu miał otwarte oczy, ale jego wzrok był nieobecny, zupełnie jakby pochłonął go jego własny świat. - Jak masz na imię? - Dean uklęknął tuż obok niego, chcąc zwrócić jego uwagę i w jakiś sposób zachęcić go do rozmowy. Musiało to poskutkować, ponieważ po chwili brunet jeszcze bardziej przekrzywił głowę i wlepił wzrok w Deana. - Nazywam się Dean Winchester, jestem agentem FBI. Mogę ci pomóc, tylko powiedz co się stało. Boli cię coś?  

Mężczyzna zaprzeczył.  

-To dobrze - odpowiedział Dean. - Rozumiem, że jesteś w szoku i możesz nie myślać jasno, ale muszę wiedzieć co się stało. Ktoś cię napadł?  

Nieznajomy powtórzył gest. Dean zaczynał martwić się, czy przypadkiem nie miał do czynienia z niemową, ale z drugiej strony on po prostu mógł być w dużym szoku. Przez głowę przeszły mu myśli co teraz robić. Nie może zawieść go do szpitala, ponieważ najbliższy punkt zdrowia znajdował się kilkadziesiąt kilometrów stąd, a on jechał już na rezerwie. Nie może go również zostawić na drodze w lesie. Pozostała mu jedna możliwość. Już nabierał powietrza do płuc, aby wszystko wyjaśnić, ale został wyprzedzony.  

-Nic nie pamiętam. - Trzydziestolatek odezwał się zachrypniętym głosem, który wydawał się być nieużywany przez kilka dni.  

Winchester zmarszczył brwi. To nieco komplikowało sytuację. Jeszcze nigdy nie miał do czynienia z całkowitą lub częściową utratą pamięci, więc nie miał pojęcia jak się zachować. Do jego umysłu przedzierała się myśl, czy aby to nie jest podstęp mający na celu zamordowanie go i obrabowanie, lecz twarz mężczyzny była wypełniona wyraźną dezorientacją i zagubieniem. A sądząc po urzędniczym ubraniu, jego zawodem nie było aktorstwo. No i pozostała jeszcze kwestia szramy na gardle.  

-Oh - wychodzi z ust agenta. - Um... Okej, rozumiem. Ale nie boli cię głowa, tak? - Brunet potwierdził skinieniem. - Okej, okej... Posłuchaj mnie teraz uważnie. Najbliższy szpital jest jakąś godzinę drogi stąd, a mój dom około dziesięciu minut i nie starczy nam paliwa na długą wycieczkę do miasta. Jak najszybciej musi cię ktoś dokładnie obejrzeć, a tak się składa, że mam za sobą szkolenie z pierwszej pomocy i znam się co nieco na obrażeniach. - Mówił powoli, aby mieć pewność, że każde słowo zostanie zrozumiane. Mężczyzna po raz kolejny pokiwał głową i Dean odebrał to jako zgodę.  

Winchester schował broń za pasek i położył rękę na jego ramieniu.  

-Dasz radę podnieść się na nogi?  

Nieznajomy powoli podniósł się do pozycji stojącej, a Dean razem z nim, z obiema dłońmi wyciągniętymi przed siebie, gotowy, aby w razie czego nie pozwolić mu upaść. Gdy już oboje byli wyprostowani, brunet lekko się zakołysał i przyłożył rękę do skroni. Dean skrzywił się na ten widok, ale nie zadawał już pytań, będąc pewien, że nie usłyszy odpowiedzi. Poza tym ból mógł być spowodowany utratą pamięci i szokiem pourazowym. Widząc, że nadal trzymał się za głowę, postanowił wziąć go pod rękę dla stabilności i razem powoli udali się do samochodu. Bez problemu usiadł na tylnym miejscu i oparł głowę o drzwi. Winchester wsiadł na miejscu kierowcy, wyłączył radio żeby nikomu nie przeszkadzało i z piskiem opon ruszył do przodu.  

~     ~  

Dziesięciominutowa droga skróciła się do siedmiu minut. W tym krótkim czasie Dean postanowił dwie rzeczy. Po pierwsze, najpierw dokładnie sprawdzi w jakim on jest stanie i zrobi mu porządny opatrunek na szyję. Po drugie, napełni dziecinkę paliwem i od razu pojadą do szpitala. Utrata pamięci jest czymś bardzo poważnym i we wszystkich medycznych filmach i serialach jakie obejrzał, zawsze było robione badanie głowy. 

Zaparkował Impalę zaraz przed wejściem do domu. Zgasił silnik i wyszedł na zewnątrz żeby pomóc brunetowi. Widocznie musiał się poczuć lepiej, gdyż poruszał się pewniej i stabilniej, ale Dean dla pewności nadal go asekurował. Gdy tylko znaleźli się pod drzwiami wszystkie zaadoptowane psy Winchestera na raz zaczęły szczekać, zwęszywszy zapach swojego pana i obcej osoby. Znalezienie odpowiedniego klucza zajęło Deanowi więcej czasu niż by tego chciał, ale po chwili oboje znaleźli się w środku. Wraz z otwarciem drzwi wszystkie futrzaki wyleciały na zewnątrz i zaczęły plątać się pod nogami, chcąc się przywitać.  

Dean zaprowadził trzydziestolatka do salonu i posadził na kanapie.  

-Jak się czujesz? - zapytał. - Wiesz co, poczekaj tu i spróbuj sobie coś przypomnieć, ja za chwilę wrócę. - Mężczyzna spojrzał na niego i przekrzywił głowę, tak jak to zrobił za pierwszym razem kiedy odzyskał przytomność. - Idę po apteczkę - dodał. 

Dean wrócił po kilku minutach z apteczką w ręce. Zastał go w takiej samej pozycji, jak kiedy odchodził. Zagubienie nadal znajdowało się na jego twarzy, wzrok był nieobecny, ale nie było po nim widać ani śladu strachu czy przerażenia. Dean musiał przyznać, że gościu miał nerwy ze stali.  

Winchester usiadł tuż obok niego i w tym samym momencie przy nogach pojawił się Zepplin z wysuniętym jęzorem, prosząc aby go pogłaskać. Dean delikatnie odepchnął go nogą, mówiąc, że nie ma teraz czasu. Całą uwagę teraz skupił na trzydziestolatku.  

-Jak tam, świta coś w głowie? - zapytał i posłał mu lekki uśmiech dla otuchy.  

Tak jak Dean się spodziewał, mężczyzna nie odpowiedział tylko pokiwał głową. Najwyraźniej to był jedyny sposób na komunikację, przynajmniej w tej chwili. Zanotował sobie w głowie, żeby zadawać takie pytania, na które można odpowiedzieć tylko "tak" lub "nie".  

-Wydajesz się być bardzo spokojny. Mam nadzieję, że nie jesteś seryjnym mordercą albo morderczym psychopatą, ponieważ mam takich po dziurki w nosie. Nie jesteś prawda? 

"Nie".  

-Kamień z serca - odpowiedział Dean, po czym z jego ust wydobył się cichy chichot. Przez to, że nigdy nie miał do czynienia z osobą, która straciła pamięć, nie miał pojęcia jak się zachować. Owszem, oglądał masę filmów o takich przypadkach, ale to była tylko wyreżyserowana fikcja.  

Chwilę później delikatnie sięgnął do szyi mężczyzny, chcąc odwiązać prowizoryczny opatrunek. Ten się nie spodziewał takiego ruchu i wyraźnie drgnął i odsunął się, nie rozumiejąc co Winchester chciał zrobić.  

-Spokojnie, muszę obejrzeć twoją bliznę na szyi - wytłumaczył. - Poza tym, to jest mój krawat i chciałbym go odzyskać.  

Tym razem wszystko poszło sprawnie. Dean powoli odwiązał krawat i niestety jego obawy potwierdziły się. Rana była świeża i otworzyła się, ale na szczęście krawat dobrze odegrał swoją rolę. Winchester wyciągnął odpowiednie rzeczy z apteczki i dokładnie wyczyścił ranę, po czym nałożył opatrunek. Przez cały proces był lekko zdziwiony, ponieważ on ani razu nie syknął z bólu, nawet się nie skrzywił. Następnie, tak dla pewności, Dean chwycił go za podbródek, żeby sprawdzić wielkość źrenic. Z wyjątkiem niesamowicie niebieskich tęczówek, nie zauważył niczego interesującego.  

Przez cały czas czuł na sobie spojrzenie mężczyzny. W normalnych okolicznościach poczułby się bardzo nieswojo i niezręcznie i pomyślałby, że tej osobie zależy tylko na jednym, ale teraz Dean rozumiał, że jest w tej chwili jedynym człowiekiem jakiego "zna". 

-Gotowe - oznajmił Winchester. - Wszystko powinno być w porządku, ale dla pewności powinniśmy się udać do szpitala. Z tego co kojarzę, muszą ci zrobić tomografię czy coś w tym stylu.  

Dean zaczął pakować z powrotem wszystko do apteczki, ale niespodziewanie mężczyzna odwrócił się i zaczął zdejmować z siebie kolejne warstwy ubrań, zaczynając od brudnego, beżowego trenczu, czarnej marynarki, kończąc na pomiętej, znoszonej koszuli. Blondyn kompletnie się czegoś takiego nie spodziewał i nie miał pojęcia co się właśnie działo, więc po prostu siedział i obserwował. Jak na faceta po trzydziestce w urzędniczym ubraniu, jego ciało prezentowało się bardzo dobrze. Dean nieświadomie wstrzymał oddech, kiedy zdał sobie sprawę, że oboje są prawie tak samo wyrzeźbieni, a on do cholery był federalnym agentem, który regularnie chodził na trening. Po chwili miał ochotę uderzyć się w twarz za myśli, które mu teraz buszują w głowie. "Ogarnij się Dean. Kilkanaście minut temu znalazłeś gościa na ulicy, który ma amnezję i nie wiadomo kim jest. Przestań. Skup się na szukaniu jakiś innych obrażeń". 

Jak na zawołanie, Dean od razu po ściągnięciu koszuli zauważył dwie długie, szerokie i równoległe do siebie szramy na plecach, zupełnie takie same jak ta na szyi. Właściwie to są prawie takie same, jedyną różnicą jest długość, gdyż te zaczynają się na łopatkach, a kończą na samym dole pleców. Jest pewien, że wszystkie trzy cięcia zostały zrobione tym samym narzędziem. Winchester był zaskoczony i gdyby to była kreskówka, jego szczęka w tej chwili znajdowała by się na ziemi, a gałki oczne wyleciałyby z oczodołów.  

-Wow. - To jedyny dźwięk, który był w stanie z siebie wyrzucić. Miał ochotę przejechać ręką wzdłuż linii, ale w ostatniej chwili powstrzymał się, zdając sobie sprawę, że może to wywołać ból. - Twoje plecy... Bolą cię? 

"Tak". 

-Masz dwa długie cięcia, zaczynające się na łopatkach i... chyba powinieneś wstać i um... trochę zsunąć spodnie.  

Mężczyzna odwrócił się i oboje przez kilka sekund patrzyli na siebie. Po raz pierwszy Dean zauważył w jego oczach niewielkie ślady strachu. Nie trwało to długo, po chwili wstał i wykonał instrukcje Winchestera. Dean wstrzymał oddech widząc w pełni, w jakim stanie były jego plecy. Okolice rany były bardzo zaczerwienione, zaschnięta krew zmieszała się z wciąż sączącą się ropą. Wyglądało to okropnie.  

-Dlaczego nie powiedziałeś wcześniej, że cię to boli... - mruknął pod nosem. Wziął do ręki większy gazik niż poprzednim razem i ostrożnie położył dłoń na jego nagim ramieniu. Najdelikatniej jak tylko potrafił, przyłożył nasiąknięty wodą gazik i powoli, kawałek po kawałeczku, oczyszczał rany. Trzydziestolatek co jakiś czas drgał, więc w takich momentach Dean przerywał.  Po chwili stwierdził, że wszystko pójdzie sprawniej i szybciej z większym materiałem. Szybko przerwał czynność i po krótkiej chwili wrócił na miejsce z gąbką.  

Po kilku godzinach, jego plecy były wyczyszczone. Oczywiście przez pozbycie się zakrzepniętej krwi rany ponownie się otwierały i wypływała świeża, więc wszystko trwało dłużej. W międzyczasie przyniósł jeszcze miskę z czystą, zwykłą wodą, która w tej chwili była w kolorze czerwieni. Po ostatnim przejechaniu gąbką, Dean szybko nałożył opatrunek i owinął go całego bandażem.  

-Gotowe. - Brunet odwrócił się przodem do Deana i już sięgał po koszulę, ale ten go powstrzymał. - Lepiej będzie jak tego niczym nie zakryjesz, niech twoje plecy trochę pooddychają. Szybciej się wtedy zagoją. A poza tym ten bandaż wygląda o wiele lepiej niż ta znoszona koszula. - dodał, zmuszając się do łagodnego uśmiechu. Spojrzał na osobę stojącą przed nim i momentalnie zrobiło mu się przykro. Jego oczy były przekrwione, zapewne z powodu łez gromadzących się przez ból, do tego dochodziło zmęczenie. Dean nie wyobrażał sobie co się teraz może dziać w jego głowie. Oboje byli wykończeni, ale niestety nie mógł pozwolić na odpoczynek, jeszcze nie teraz. Najpierw muszą się dostać do szpitala. - Usiądź na kanapie, za chwilę wrócę i pojedziemy do szpitala.  

Winchester zostawił wszystko tak jak było, nie miał teraz czasu na sprzątanie. Szybko poszedł do garażu, wziął ze sobą wypełniony kanister i napełnił bak Impali. Wrócił po kilku minutach i zastał swojego gościa leżącego na kanapie na brzuchu, pogrążonego w głębokim śnie. Słychać było jego równomierny oddech, klatka piersiowa unosiła się i opadała w regularnym rytmie i Dean miał ogromną ochotę przykryć go ciepłym kocem. Gdy zobaczył jego twarz, która teraz ogarnięta była spokojem, postanowił, że szpital może poczekać do rana. Nie miał serca teraz go budzić. Zgasił światło, poszedł do kuchni żeby nasypać jedzenia psom i nalać im wody i dopiero po tym udał się do swojej sypialni.  

Pomimo tak długiego, wykończającego i pełnego wrażeń dnia, sen nie chciał do niego przyjść. Cały czas myślał o tym, co się dzisiaj wydarzyło. Anonimowy telefon, konfrontacja z Żółtookim, wywiad z najgorszą łajzą dziennikarską i na koniec Facet Który Nic Nie Pamiętał. Nie może pozbyć się wrażenia, że to wszystko jest jakoś powiązane. Miał nadzieję, że Charlie znajdzie dla niego trochę czasu i zrobi to, o co ją prosił. Poza tym, w jego głowie wciąż pokazuje się obraz padającego na ziemię Żółtookiego. Dzisiaj po raz pierwszy odebrał komuś życie. Co prawda zrobił to psychopatycznemu mordercy, ale mimo wszystko był on człowiekiem. A żadne testy psychologiczne ani zajęcia w biurze nie potrafią przygotować na odebranie życia.  

Dean westchnął. Nie mógł spać, musiał się czymś zająć. Spojrzał na zegarek, była trzecia pięćdziesiąt dwa. Wstał z łóżka i usiadł przy biurku. Najpierw włączył laptopa i zalogował się na swoje konto, żeby móc przejrzeć w policyjnej bazie danych wszystkie zaginione osoby, które wyglądem przypominają jego urzędnika w trenczu. Po kilkudziesięciu minutach przeglądania zdjęć niestety niczego nie znalazł.  

Potrzebował szkockiej. Dobrej, mocnej szkockiej. Najchętniej wypiłby całą butelkę, ale z samego rana muszą pojechać do szpitala. Najciszej jak się tylko dało przeszedł przez salon do kuchni. Nalał do szklanki alkoholu i oparł się o blat, zawieszając swój wzrok na śpiącym brunecie. Uśmiechnął się, ponieważ w jego nogach położył się Jagger.  

Nie miał pojęcia dlaczego ten mężczyzna nie wzbudzał w nim żadnych podejrzeń ani niepokoju. Odkąd pamiętał, zawsze był nieufny i podejrzliwy wobec ludzi i dzięki temu osiągnął zawodowy sukces. A teraz, do cholery, znalazł obcego i rannego faceta na ulicy i zabrał do swojego domu, tak jak to zrobił z Zepplinem, Jaggerem, Ozzym, Buckym i Starkiem i wszystko wydawało się być w porządku. Tak jakby jego obecność była czymś normalnym. W ogóle nie rozumiał swojego zachowania, ale z drugiej strony był bardzo ciekawy z kim ma do czynienia i przez kilka najbliższych dni chciałby go mieć na oku.  

Dean dopił szkocką i wrócił do swojej sypialni. Upewnił się, że pod poduszką leży załadowany pistolet i zrzucił z siebie ubranie. Tym razem zmęczenie, które ciągnęło się za nim od rana, spłynęło na niego z podwojoną siłą. Sen przyszedł natychmiast.  

~     ~  

Po kilku godzinach czekania w szpitalnym korytarzu, w końcu przyszła na nich kolej. Po założeniu szwów na plecach, mężczyzna został zaprowadzony na badanie tomograficzne głowy, żeby ustalić przyczynę zaniku pamięci. W międzyczasie Dean poszedł do toalety. Pozbył się pozostałości po trzech wypitych kawach i w trakcie mycia rąk, zapatrzył się w swoje odbicie w lustrze. To co zobaczył trochę go zaniepokoiło. Jego ciemnoblond włosy sterczały pod dziwnym kątem, twarz prawie zniknęła pod gęstym zarostem, zieleń tęczówek wyraźnie zbladła, podkrążone oczy dodawały mu kilka lat, a przekrwione gałki oczne zdradzały ilość przespanych godzin i przy okazji sprawiały, że bez problemu mógłby zatrudnić się na farmie jako strach na wróble. Albo robiłby za inspirację dla makijażystów pracujących na planie filmu o zombie. Co prawda zawsze chciał wystąpić w serialu The Walking Dead, ale nie do końca o taką rolę mu chodziło.   

Przemył twarz zimną wodą i mokrą ręką przeczesał włosy, próbując ułożyć je w jakiś normalny sposób. Po kilku minutach ciężkiej walki stwierdził, że to i tak nie ma sensu, więc najzwyczajniej w świecie je przygładził. Z jego ust wydobyło się ciche parsknięcie przez myśl o Sammym. Nigdy nie rozumiał dlaczego ten wielki łoś nie zetnie sobie tych długich kłaków, skoro jego króciutkie włosy sprawiają tyle problemu. Nie był w stanie sobie wyobrazić zmagań z jakimi jego młodszy brat borykał się każdego poranka. 

Gdy stwierdził, że wyglądał w miarę jak człowiek, wyszedł na korytarz i przez chwilę nie wiedział gdzie iść. W tym cholernym szpitalu każdy hol wyglądał zupełnie tak samo, nieskazitelnie białe ściany, rażące światłem lampy, rząd czerwonych, plastikowych krzeseł i kilka równie białych drzwi, prowadzących na inne, ale jednak te same korytarze. Jego uwagę przykuł znak pokazujący drogę do kawiarni. W przeciągu kilku godzin wypił już trzy mocne kawy i dwa espresso, ale to nie powstrzymało go od kolejnej dawki kofeiny. Chwilę później stał przed wejściem do zapełnionej ludźmi szpitalnej kafejki, z papierowym kubkiem wypełnionym po brzegi smolistym, gorzkim i gorącym płynem, odwrócony przodem do okna.   

Po kilku dużych łykach, poczuł jak jego kieszeń zaczęła wibrować. Dean sięgnął po telefon i nie patrząc na numer telefonu, odebrał połączenie będąc pewny z kim będzie rozmawiać.   

-Gratuluję zamknięcia sprawy Żółtookiego Demona! - usłyszał dobrze mu znany głos brata. - Dopiero przed chwilą przeczytałem artykuł Beli Talbot na ten temat. Czytałeś go w ogóle? Po tym wszystkim co zrobiłeś, ona cię oskarża, że ten strzał był zbyt pochopny i niepotrzebny. No i jak zwykle wcisnęła jeszcze fragment o twojej relacji z Bobbym. Ta suka zawsze skorzysta z okazji, aby podważyć twoje kompetencje. Ale nie przejmuj się, wywłoka nie zna się na swojej pracy. Teraz już wiem czemu tak jej nienawidzisz. Dlaczego nie zadzwoniłeś wczoraj żeby się pochwalić? Zresztą nie słuchaj mnie, założę się że miałeś niezły syf na głowie...   

-Tak, Sam. Tobie też dzień dobry - odpowiedział oschle. - I dzięki, ale nie mam teraz za bardzo czasu na pogaduszki. Jestem w szpitalu i...  

-W szpitalu? - przerwał mu Sam. - Wszystko w porządku?   

-Tak, ze mną wszystko w porządku. Nie musisz się martwić. - Dean zastanawiał się przez krótki moment czy to jest rozmowa na telefon. Chciałby mu dokładnie zdać relację z wczorajszego dnia, bez ominięcia szczegółów. Dlatego szybko wybił sobie z głowy ten pochopny pomysł streszczenia wszystkiego przez telefon. A poza tym, badanie za niedługo powinno się skończyć. - Po prostu wczorajsza akcja w Lawrence nie była moją jedyną przygodą. Na podstawie moich ostatnich kilkunastu godzin można by nakręcić niezły film. Albo krótki serial.  

-Co się stało?  

-Przyjedź do mnie dzisiaj wieczorem - odparł starszy Winchester. - Dasz radę?  

-Tak, chyba tak. Najwyżej poproszę Jo żeby mi pomogła uporządkować papiery w kancelarii. Po ostatniej sprawie zrobił się tu niezły bałagan... - Dean usłyszał kroki na pustym już korytarzu i odwrócił się w kierunku dźwięku. Lekarz zajmujący się jego nieznajomym zmierzał prosto na niego.  

-Sam, muszę już kończyć. - Nie czekając na odpowiedź, natychmiast się rozłączył.  

-I? Wiadomo co, jak i dlaczego? - zapytał gdy facet w białym kitlu znalazł się w zasięgu jego głosu. Doktor stanął tak blisko niego, że Dean mógł policzyć wszystkie jego pryszcze na twarzy. Nie dość, że najprawdopodobniej nie słyszał o czymś takim jak przestrzeń osobista, to jeszcze wyglądał jakby dopiero co skończył liceum.   

-To pan go znalazł? - Dean pokiwał głową. Młodzik spojrzał na dokumenty, które chyba były kartą pacjenta, i zmrużył oczy. - Niestety, ale tomografia niczego nie wykryła, wszystko jest w jak najlepszym porządku. Obawiam się, że w tej kwestii nie jesteśmy w stanie wiele zdziałać. A co do ciętych obrażeń na plecach i gardle, pańska interwencja okazała się być kluczowa. Założyliśmy mu szwy i teraz wystarczy tylko zmieniać opatrunek co jakiś czas. Wszystko jest z nim dobrze, więc nie mamy podstaw żeby go tu dłużej przetrzymywać - mówiąc to, uśmiechnął się.   

-Wow, wow, wow, chwila. Jak to nie możecie ustalić przyczyny jego amnezji? - Winchester wyraźnie się zirytował, chociaż mógł spodziewać się podobnej wiadomości po kimś, kto się nazywa Dr. Loseer. Nazwisko jak najbardziej adekwatne do kwalifikacji. - Nic z tym nie zrobicie?  

-Przykro mi, badania niczego nie wykryły. Utrata pamięci może mieć również podłoże psychologiczne, a to już nie nasza specjalność. - Lekarz zaczął wykreślać coś w dokumentach. - To wszystko z mojej strony. - Odwrócił się na pięcie i kaczkowatym chodem udał się w swoich białych, śmiesznych kapcioszkach tam, skąd przyszedł, nie dając nawet szansy Deanowi na kłótnię.   

Blondyn stał w bezruchu na korytarzu przez dłuższą chwilę, mocno wytrącony z równowagi przez tutejszych "specjalistów". Najpierw nie mógł się dogadać z recepcjonistką, która już dawno powinna leżeć w grobie ze starości, potem musiał osobiście się upominać, żeby zszyli jego towarzysza, a na koniec jakiś gówniarz stwierdził, że nic nie wie. Teraz rozumiał Bobby'ego, dlaczego nigdy nie odwiedzał takich miejsc. Postanowił, że weźmie z niego przykład i po każdej brutalniejszej akcji będzie korzystał z usług ich koronera, ewentualnie sam się sobą zajmie.   

Dean westchnął i sięgnął dłonią do policzka, zatrzymując ją tam na kilka sekund w geście zamyślenia. Uświadomił sobie, że szpital jest jego najmniejszym zmartwieniem. Jego bezimienny mężczyzna oficjalnie nie ma gdzie iść. Na chwilę obecną nikt nie zgłosił jego zaginięcia, nie wiadomo czy w ogóle ma jakąś rodzinę. W szpitalu nie może zostać i Dean jest pewien, że zgłoszenie sprawy na policję nic nie zdziała. Została jeszcze kwestia jego obrażeń. W jego głowie powstała pewna teoria,  która w tej chwili jest najbardziej prawdopodobna. Istniała możliwość, że był on przez jakiś czas więziony i torturowany, co wyjaśniałoby blizny, aż w końcu jego oprawcy się nim znudzili lub on coś przeskrobał i poderżnęli mu gardło. Jakimś cudem udało mu się przeżyć i w wyniku całego stresu oraz przerażenia, nie wykluczając dodatkowego urazu głowy, stracił pamięć. Im dłużej Dean o tym myślał, tym bardziej głupia wydawała mu się ta teoria. Zresztą, nie to jest teraz najważniejsze.   

Najważniejszym jest zapewnienie mu bezpieczeństwa. Nie mógł tak po prostu dać mu pieniędzy i skazać go na samego siebie, sumienie by mu na to nie pozwoliło. Poza tym ktoś musiał mu zmieniać opatrunek. Więc pozostała mu tylko jedna opcja. Po przeanalizowaniu wszystkich za i przeciw, postanowił "przygarnąć" go na jakiś czas. Z jego możliwościami, może prowadzić śledztwo dotyczące jego tożsamości na własną rękę.   

Jego przemyślania przerwał dźwięk otwieranych drzwi. Z jednej z sal wyszedł jego nowy podopieczny. Jego jedyne ubranie zupełnie nie nadawało się do ponownego założenia, więc Dean musiał mu pożyczyć kilka rzeczy ze swojej osobistej garderoby. Brunet ubrany był w czarny t-shirt z logiem AC/DC, który leżał na nim idealnie, podkreślając jego dojrzałą posturę, oraz najzwyklejsze jeansy przetarte w kilku miejscach. Ciemne włosy, które były w subtelnym nieładzie oraz wypoczęta twarz nadawały mu wygląd normalnego faceta, ale niestety biały bandaż zawiązany wokół szyi wszystko psuł. Ale gdyby Dean spotkałby go na ulicy, nigdy nie pomyślałby, że jest z nim coś nie tak. (Oczywiście wykluczając opatrunek). A nawet istniałaby możliwość, że by do niego zagadał. A raczej na pewno by to zrobił, nie zmarnowałby takiej okazji na nową znajomość. Winchester natychmiast się ogarnął, stwierdziwszy, że to nie czas na takie myśli i fantazje.   

-Jak się czujesz? - zapytał, kiedy stanęli twarzą w twarz. Na twarzy bruneta nadal gościła dezorientacja, ale pomimo tej chorej sytuacji, w której się znalazł, wydawał się radzić sobie całkiem nie najgorzej. W odpowiedzi jego usta ułożyły się w lekkim uśmiechu. Najwidoczniej nadal był w szoku pourazowym. - To dobrze.   

Winchester czuł jak między nimi tworzy się niezręczna atmosfera. Dean oblizał usta, chcąc się nieco rozluźnić i przez chwilę zastanawiał się jak przekazać mu informacje od doktorka i jak delikatnie zasugerować pomoc.   

-Chyba nie mam dobrych wiadomości - zaczął. - Wygląda na to, że ze mną utknąłeś. Ci idioci nic nie wiedzą, a badanie nic nie wykryło. Przez to nie mają podstaw żeby cię tu zatrzymać. Też nie widzę sensu zgłaszania tego na policję, bo znając ich metody to nastolatka z dostępem do szybkiego internetu poradziłaby sobie lepiej. A moje sumienie nie pozwoli mi cię tak po prostu tutaj zostawić, zdanego na siebie. No i ktoś ci musi zmieniać opatrunek na plecach. - Po skończeniu przejechał dłonią po głowie, mierzwiąc przy tym włosy. Jego walka w łazience poszła w cholerę.   

-Dziękuję - odpowiedział niskim, gardłowym i bardzo zachrypniętym głosem. Dean uznał to za zgodę.   

Równym krokiem udali się do wyjścia. Dean jeszcze pozałatwiał kilka spraw związanych z wypisem, dopił resztkę kawy, kupił w automacie prowiant na drogę składający się z czekoladowych batoników i późnym popołudniem oboje siedzieli w czarnym Chevrolecie z 67 roku. Przez prawie całą drogę żaden z nich się nie odzywał. Zdawali sobie sprawę z tego, że ta cała sytuacja jest bardzo kłopotliwa i trudna. Winchester zaczął się zastanawiać, jak będą wyglądały kolejne dni. Na pewno będzie musiał zadzwonić do Bobby'ego z prośbą o dodatkowe dni wolnego. W chwili obecnej nie mógł zostawić go samego w domu.   

Jego krótki urlop skończył się zanim się zaczął. Cały dzisiejszy dzień spędził w szpitalu, a wieczorem będzie musiał dłużej poszperać w zgłoszeniach zaginięć. Był pewien, że nie wyrobi się z tym w ciągu kilku godzin i zastanawiał się, czy poprosić Sama o pomoc, ale z tego co dzisiaj mówił, sam miał duży harmider w pracy.  

Deanowi znudziła się cisza, więc włączył radio na swojej ulubionej stacji z klasycznym rockiem. Leciało Simple Man. Zerknął na swojego pasażera, aby upewnić się, że mu to nie przeszkadzało. Brunet nie zareagował, cały czas wyglądał przez okno, wyraźnie się nad czymś zastanawiając. Winchester nie chciał wywierać na nim żadnej presji, rozumiał, że może nie chcieć jeszcze rozmawiać, ale musiał go jakoś nazywać. Postanowił poruszać ten temat.   

-Wiesz, w końcu będę musiał się do ciebie jakoś zwracać - rzucił przez ramię, nie odrywając wzroku od drogi. - Może pamiętasz swoje imię? Albo chociaż jak byś chciał mieć na imię? Masz jedną z tych niesamowitych szans wybrania sobie imienia, które faktycznie ci się podoba. Niewielu ma taką możliwość. - Jego usta rozciągnęły się w szerokim uśmiechu, zachęcającym do odpowiedzi.  

Gdyby nie włączone radio, przez kolejne kilkanaście minut jechali by w kompletnej ciszy. Deana powoli zaczynał irytować brak komunikacji, ale nie dał tego po sobie poznać.   

-Może gdybyś mówił o tym jak się aktualnie czujesz albo o czym myślisz, to byłoby ci z tym lżej. Może nawet byś sobie przypomniał chociaż jedną rzecz - dodał. Ten argument musiał zadziałać.  

-Nie jestem pewien. - Spojrzał na Deana. Mówił bardzo cicho i nieśmiało. - Castiel. Nie wiem, co to słowo oznacza, ale cały słyszę je w głowie. Tak jakby to była jedyna rzecz, którą... wiem.  

-Castiel. Cas - powtórzył Dean. - Podoba mi się. 

~     ~  

Słońce całkowicie schowało się za horyzontem, a na jego miejscu pojawiła się okrągła, błyszcząca tarcza księżyca, dokładnie oświetlając drogę w lesie, przez którą przejeżdżali. W tle cicho grało Night Moves i w normalnych okolicznościach Dean udzielałby się wokalnie razem z Bobem Segerem. Miał ogromną ochotę dołączyć się w refrenie przy Out in the back seat of my '60 Chevy Workin' on mysteries without any cluesale ze względu na swojego pasażera pozwolił sobie jedynie na lekkie kiwanie głową zgodnie z rytmem. Ku jego zdziwieniu w połowie utworu Castiel podkręcił głośność i po raz pierwszy pozwolił sobie na odprężenie. W jednym momencie napięcie oraz ciężka, niezręczna, a przede wszystkim trudna atmosfera pomiędzy nimi nareszcie wydawała się znikać, zostawiając po sobie zaledwie smugi obecności. Dean poczuł się jakby wracał z kilkudniowej, samochodowej wycieczki po stanach ze swoim najlepszym kumplem, z którym znał się od bardzo długiego czasu, z którym spędził większość chwil swojego życia i przy którym czuje się całkowicie swobodnie. Przez te cztery minuty Dean zapomniał o wszystkich trapiących go problemach. Sprawa Azazela, chaos w biurze oraz tożsamość Castiela przestały grasować po jego umyśle i pomimo braku snu, w końcu był wyciszony.   

Kilka piosenek później dojechali do domu. Przed wejściem zaparkowany był plastikowy złom, który Sam nazywał samochodem, w oknach budynku świeciły się światła i żaden z jego włochatych czworonogów nie biegał po podwórku. Jego młodszy brat musiał rozgościć się w środku. Sprawnie wysiedli z czarnej dziecinki i po chwili znaleźli się w salonie, gdzie przy zawalonym papierami stole siedział Sammy z butelką piwa w jednej ręce i telefonem w drugiej. Podniósł wzrok od razu kiedy usłyszał dźwięk otwieranych drzwi i na jego twarzy momentalnie pojawił się wyraz zdziwienia. Ani Sam, ani Castiel nie spodziewali się zobaczyć dzisiejszego wieczoru nikogo oprócz Deana, przez co zrobiło się trochę niekomfortowo. Kątem oka widział jak Cas cofnął się o jeden krok i stanął tuż za nim, zupełnie jakby obecność obcej osoby go przytłaczała. Dean przestąpił z nogi na nogę i chrząknął, zdając sobie sprawę jak to mogło wyglądać, przynajmniej z punktu widzenia Sama.  

-Cześć - przywitał się. - Castiel, to jest Sam, mój młodszy, gigantyczny brat. Sammy to jest Castiel, mój... um... mój nowy... - Dean zaciął się nie wiedząc jakiego słowa użyć. Przyjaciel? Kolega? Znajomy? Żadne z tych określeń mu nie pasowało.   

-Oh. Um, rozumiem - odpowiedział Sam i zaczął pośpiesznie zbierać swoje papiery ze stolika. Przez chwilę jego usta rozciągnęły się w uśmiechu typu "Jestem z ciebie dumny bracie, ale nie rób tego przy mnie", lecz Dean tego nie zauważył. - Już stąd znikam - dodał.  

Dean na początku zdziwił się o co mu chodziło i ogarnięcie dwuznaczności tej sytuacji zajęło mu dobrych kilka sekund.   

-Nie, Sam, to nie jest... to - starał się wyjaśnić, ale wyraz twarzy Sammy'ego sprawiał, że cały zaczął się stresować i jąkać, a bliska obecność bruneta z tyłu w niczym nie pomagała. - Poczekaj tu chwilę - powiedział do brata, po czym odwrócił się w stronę Castiela. Brunet stał wyraźnie spięty i wydawał się nie rozumieć komizmu zaistniałej przed chwilą sytuacji. Na szczęście. - Cas, chodźmy do sypialni.   

Starszy Winchester dał sobie z mentalnego liścia w twarz za dobór słów. Miał tylko nadzieję, że te słowa nie dotarły dalej niż na kilka centymetrów. Szybkim krokiem oboje udali się do tej sypialni, a raczej do niewielkiego pokoju gościnnego, w którym znajdowało się jednoosobowe łóżko, mała szafka nocna oraz komoda, na której stał telewizor. Dean szybko wytłumaczył mu co i jak działa, że w każdej chwili może korzystać z łazienki i kuchni i w razie jakichkolwiek wątpliwości ma zadawać pytania, a następnie sprawdził czy z jego opatrunkami jest wszystko w porządku. Na koniec przeszedł do swojej sypialni i wziął ze sobą kilka par dresów i tshirtów. Gdy wrócił do pokoju Castiela, zastał go leżącego na łóżku. Nie wiedział czy zdążył usnąć, czy dopiero próbuje usnąć, ale w każdym bądź razie ułożył stosik ubrań na szafce, zgasił światło i wyszedł najciszej jak tylko potrafił.  

-To było szybkie - rzucił Sam wyśmiewającym tonem. A więc jednak słyszał. - Myślałem, że te twoje wczorajsze przygody w Lawrence miały charakter kryminalny, a nie romantyczny.  

-Zamknij się - odparował. - I podaj mi piwo.   

Dean usiadł naprzeciwko Sama i po chwili w jego dłoni znalazła się butelka zimnego browaru. Wykonali gest stuknięcia butelkami i za jednym razem wypił pół naczynia. Zaczął mieć wątpliwości czy jedna butelka wystarczy, ale po chwili zauważył przenośną lodówkę po brzegi wypełnioną lodem i piwem.   

-Więc? - zapytał Sammy. - Kim jest ten facet?  

-On jest... - Dean zrobił krótką pauzę zanim znalazł odpowiedź. - Moim nowym współlokatorem. - Brwi Sama automatycznie uniosły się w górę okazując niemałe zdziwienie. - Nie przerywaj mi teraz. - Starszy Winchester wziął głęboki wdech zastanawiając się jak zacząć swoją opowieść. - Nawet sobie nie wyobrażasz w jakim gównie się znalazłem. Co Bela dokładnie napisała w tym artykule? Nawet nie miałem czasu, żeby go przeczytać.   

-Streściła co się stało zaraz po tym jak znalazłeś się na miejscu zbrodni. Pisała bardzo ogólnikowo, więc większości trzeba się było domyślić. Dobry chwyt na pobudzenie wyobraźni. - Sam zrobił krótką przerwę. - Oczywiście ucieszył ją fakt, że oddałeś strzał. Według niej było to zbyt pochopne działanie, które może być podstawą do zanegowania twoich kompetencji jako federalnego agenta. I nie omieszkała się wspomnieć o twojej relacji z Bobbym. Jestem pewien, że za kilka dni pojawi się nowy wpis na temat ciebie i Singera. Może nawet wspomni o mnie.   

-Suka - rzucił w odpowiedzi. - Przysięgam, że jak jeszcze raz zobaczę ten jej szpetny łeb to dopiero wtedy będzie miała jakieś tam podstawy. Tylko szkoda, że sama nie będzie w stanie o nich napisać.   

-Opowiesz mi dobrowolnie co się wczoraj działo czy będę musiał cię do tego zmusić torturami?  

Dean westchnął i zmierzwił włosy. Coraz bardziej zaczynał czuć narastające zmęczenie, zwłaszcza na powiekach.   

-Wstałem, zjadłem śniadanie i pojechałem do biura. Gdy przejeżdżałem przez Lawrence ktoś do mnie zadzwonił. Nie wiem kto, bo numer się nie wyświetlił, a głos był zniekształcony. Usłyszałem w głośniku nazwisko jakiejś rodziny, ich adres i informację, abym wziął ze sobą pistolet. Nie wspominałem o tym Bobby'emu, ponieważ uznał sprawę za zamkniętą, zresztą nawet nie ma co się dziwić, w końcu Azazel został powstrzymany. Jedynie poprosiłem Charlie Bradbury, tą nową rudą dziewczynę z technicznego, żeby w wolnym czasie namierzyła połączenie. - Dean wziął ostatniego łyka z butelki. - Dalszą część już znasz. Wyważyłem drzwi i strzeliłem, nawet się nie zawahałem. Nie jestem już pewien czy to była ostateczność, czy on coś robił czy nie.   

-Dean, posł... 

-Potem zaczęły się wywiady i ten cały chaos. Ale to jest nieważne. Gdy wracałem w nocy do domu, to na ostatniej prostej, jak się jedzie od południowo-wschodniej strony, zatrzymałem dziecinkę myśląc, że znowu jakiś idiota porzucił psa. - Dean przełknął ślinę. - To nie był pies tylko Castiel. Znalazłem go na drodze, miał cięte obrażenia na plecach i gardle i nic nie pamiętał. To z nim spędziłem cały dzień w szpitalu. Lekarze nic nie stwierdzili, nie miał gdzie się podziać, więc teraz śpi w pokoju gościnnym.  

-Żartujesz. - Troska na twarzy Sama momentalnie zmieniła się w złość. Przez dłuższą chwilę oboje siedzieli w ciszy, którą bez problemu można by było pociąć na kawałeczki. - Nie możesz tak po prostu "przygarniać" ludzi jak psy. I jak to nic nie pamięta?  

-Wie tylko jak ma na imię.   

-Nie uważasz, że to jest zbyt niezwykłe? Znalezienie mężczyzny w lesie z amnezją? Całego pociętego? I to jeszcze wczoraj? - Z ust Sama wydobywał się niemalże krzyk. - Dean, ktoś mu do cholery poderżnął gardło!  

-Nie krzycz...  

-Nie krzyczę! Jezu, nie wierzę, że muszę ci o tym przypominać. Co z twoją zasadą "Przypadki nie dzieją się przypadkowo"? Przecież to wszystko jest tak oczywiste, że nawet pięciolatek zauważyłby w tym jakiś związek.  

-No właśnie! - Blondyn również powoli nie potrafił utrzymać swoich nerwów na wodzy. - Nie sądzisz, że to byłoby zbyt proste? A poza tym, zakładając, że to Castiel zadzwonił do mnie to przynajmniej mam go na oku. Zresztą on i tak niczego nie pamięta. 

-Tak, a więc nic o nim nie wiesz. Równie dobrze możesz trzymać pod dachem złodzieja lub mordercę. I jak myślisz, skąd się wzięły te okaleczenia?  

-Gdyby był mordercą lub złodziejem, już dawno bym nie żył. W ciągu tych kilkunastu godzin miał mnóstwo okazji żeby się mnie pozbyć i co? Nadal oddycham. Przestań panikować.   

-Mówię ci tylko, żebyś uważał na tego całego Castiela. - Młodszy Winchester głęboko odetchnął i ściszył ton głosu. - Jeżeli faktycznie nic nie pamięta to nawet dobrze, ale jeżeli okaże się, że jest niesamowicie dobrym aktorem, już do końca swoich dni będziesz słyszał z moich ust "A nie mówiłem".  

Sam wyszedł kilka godzin później. Po ostrej wymianie zdań spowodowanych różnymi teoriami co do piątkowego dnia, wrócili do zwykłych luźnych tematów. Dean dowiedział się, że Sam pracuje teraz nad sprawą dotyczącą jakiegoś idioty, który naoglądał się Breaking Bad i chciał pobawić się w Heisenberga, pomimo znacznych braków w chemii, a wpadł ponieważ na stacji benzynowej wyleciał mu z kieszeni woreczek z metamfetaminą. Nuda, głupota i jeszcze większa nuda.   

Dean postanowił zostawić puste butelki po piwie tak jak leżały, posprząta z samego rana. Wziął szybki prysznic, zajrzał ostatni raz do Casa i upewniwszy się, że ten głęboko śpi w już swoim łóżku, udał się do swojej sypialni. Przez cały czas myślał o tym samym. Zachowanie Sama trochę go irytowało, ale wiedział, że jest ono prawidłowe. Na jego miejscu też by się darł i nie zgadzał z nim. Również nie rozumiał, co się z nim działo. Czyżby ta sytuacja z Żółtookim tak go zmieniła? Nie, to nie możliwe. Brak podejrzliwości powoli zaczynał być dla niego podejrzany, jakkolwiek to brzmiało. Poza tym, nieprawdopodobnym jest to, że w ciągu jednego dnia otrzymał anonimowy telefon, zastrzelił mordercę i znalazł nic nie pamiętającego mężczyznę. Dwie rzeczy są ze sobą związane, dlatego dziwnym by było, gdyby sytuacja numer trzy była przypadkowa. W końcu nic nie dzieje się przypadkiem. Z drugiej zaś strony głos z telefonu zupełnie nie brzmiał jak głos tego Castiela.   

Agent FBI nie widział, co o tym wszystkim myśleć. Instynkt podpowiadała mu, że wszystko jest w porządku i może zaufać nowo poznanemu mężczyźnie. Zaś doświadczenie zawodowe mówiło co innego, zgadzało się z Samem.   

Dean włączył laptopa i po raz kolejny zaczął przeglądać spis osób zaginionych we wszystkich stanach. Nie pojawiły się nowe zgłoszenia, więc przeszedł do szukania wszystkich osób o imieniu "Castiel". W tym przypadku również nic nie znalazł. Nawet wygooglował to słowo i jedyne co się wyświetliło to jakiś artykuł o Cassielu na stronie dotyczącej hierarchii aniołów. Żadnych portali społecznościowych, zupełnie nic.   

Westchnął i wyłączył urządzenie.