Actions

Work Header

Lost me

Chapter Text

 

Tony się tego nie spodziewa.

Od powrotu z Nowego Jorku mija jakieś dwa tygodnie, a górne dziesięć, może piętnaście pięter Stark Tower jest w remoncie po wizycie Hulka. Pacyfik widoczny z okien rezydencji w Malibu o wiele bardziej odpowiada Tony’emu, podobnie jak stary, dobry warsztat. Działa uspokajająco, znajomy zapach oleju silnikowego, smaru i metalu koją zszargane nowojorskimi wydarzeniami nerwy i pozwalają zapomnieć o ciemnych snach.

O wiele prościej jest zamknąć się na dole, kazać Jarvisowi włączyć AC/DC i oddać się nauce. Nawet witaminowa papka, której ogromne ilości wlewa w siebie każdego dnia, smakuje jakoś lepiej w Malibu. Po krótkim romansie z koktajlem z chlorofilu Tony czasami wręcz z radością powraca do witaminek w płynnej formie – wszak wszystko jest lepsze od chlorofilu – szczególnie gdy zapomina o mniej-więcej regularnym odżywianiu się, a Pepper jest akurat zajęta lub poza krajem.

Dwa tygodnie od powrotu do Kalifornii są w gruncie rzeczy całkiem spokojne, a ten brzydki siniak na policzku, jaki zafundowała mu wściekła Potts, praktycznie już zniknął. Tony przyjął to z godnością, w duchu przyznając jej rację. Ego nie pozwoliło zrobić tego głośno. Kocha Pepper prawie tak samo mocno jak naukę, Jarvisa i okazjonalne włamywanie się do baz danych SHIELD, chociaż decyzja o trzymaniu się z dala od rządowego bałaganu wydaje się być bardzo oczywistym i jedynym słusznym wyjściem. Remont Tower i tak leży w kwestii jego portfela, a Fury za święty spokój zażyczył sobie kilku medialnych występów u boku Romanoff i Rogersa. Rozgrywają to na dobrego Kapitana Wcielenie Amerykańskiej Tradycji, oziębłą królową szpiegów i ekscentrycznego milionera, zbyt bogatego i znudzonego, żeby inwazji kosmitów nie zbagatelizować.

Oczarowują wszystkich, co do jednego, szczególnie Tony, czasami tylko potrzebując patriotycznego uśmiechu Rogersa.

Niestety kłamstwa są tylko kłamstwami, nie mającymi nic wspólnego z rzeczywistością. Prawda zaś powoduje u Tony’ego pewien rodzaj paranoi, potrzebę budowania zbroi za zbroją, wynalezienia wszystkiego, co mogłoby ochronić świat przed kolejną inwazją. To jedyny sposób na zabicie czasu i bezsenności, jedyny sposób, żeby może pewnego dnia poczuć się bezpiecznie.

Prawie udaje mu się być gotowym na wszystko.

Jedyna rzecz – cóż, właściwie osoba – na którą nie jest gotów, ma postać bladego jak ściany w gabinecie Pepper, wysokiego bruneta siedzącego z lekko ironicznym uśmiechem na oparciu sofy w rogu warsztatu.

– Jarvis, ile dziś wypiłem? – pyta zdezorientowany Stark, kiedy spostrzega owe zjawisko.

– Zanotowałem jeden i osiemdziesiąt sześć setnych litra koktajlu witaminowego oraz dwie szklanki whisky, sir – mechaniczny głos sztucznej inteligencji rozbrzmiewa nieznacznym niezrozumieniem, ale to nic. Tony też wielu rzeczy nie rozumie, na przykład widoku rozciągającego się przed nim.

Chciał jedynie przeszukać szafki w poszukiwaniu ukrytych tam dawno, dawno temu batoników proteinowych, a natrafił na niestabilne emocjonalnie nordyckie bóstewko.

– Ile czasu nie śpię? – zadaje kolejne pytanie. – Bo chyba mam omamy z niewyspania.

– Pięćdziesiąt trzy godziny. Pańskie funkcje życiowe są w normie, nic nie wskazuje na zaburzenia pracy mózgu, sir.

– Czy ty mnie skanujesz, Jarvis? – parska rozbawiony. – Jeśli nie mam omamów, na trzeźwo tego nie zdzierżę – rzuca, po czym rusza w stronę schodów prowadzących do salonu i przestronnego barku z alkoholami. Butelka szkockiej powinna wystarczyć, przynajmniej ma taką nadzieję. Bierze kilka łyków, po czym z płynną odwagą w dłoni wraca do warsztatu. – Okej, Reniferku, przybyłeś mnie zabić?

Odpowiada mu uniesieniem brwi ku górze z jawną pogardą.

– Pytam serio, zawsze lepiej przygotować testament. Jarvis, zanotuj, że przekazuję całe swoje zasoby alkoholu Bartonowi, a Natasha dostanie w prezencie zestaw kuchennych noży. Firma oczywiście dla Pepper, chociaż w gruncie rzeczy Pepper już od dawna ma moją firmę…

– Jesteś kretynem, Stark – przerywa mu cichy pomruk. Loki nie rusza się nawet o centymetr, ale to nie zmienia faktu, iż Tony jest przerażony. Nagła wizyta w warsztacie sojusznika kosmicznych potęg, korzystającego z technologii, która przerasta Starka, i rozumiejącego jej zawiłości – to zdecydowanie za dużo. Najprościej jest więc zagadać przybysza z Asgardu do tego stopnia, iż będzie znudzony lub zirytowany i sobie zniknie, a potem sprawdzić protokoły bezpieczeństwa Jarvisa.

– W gruncie rzeczy alkohol może lepiej zapiszmy kapitanowi, co myślisz, J? – kontynuuje pozornie beztrosko Stark, podchodząc do szafek, naprawdę blisko Lokiego, i stawiając tam butelkę. Potem wyciąga dwie szklanki z górnej szafki. – Drinka? – zwraca się do Asgardczyka, który przeczy nieznacznym ruchem głowy. – To już drugi raz, kiedy mi odmawiasz. Chyba powinienem poczuć się urażony. Jarvis, zapisałeś alkohol dla Rogersa? Bo właśnie wpadłem na nowy pomysł. Może zostałbyś częścią spadku dla doktora Bannera? On uwielbia z tobą pracować, co myślisz, Jarv?

Stark odwraca się w stronę Lokiego z pełną alkoholu szklanką i ze zdziwieniem spostrzega, iż pogarda w jego oczach zmieniła się w pełne politowania rozbawienie.

– Uważam, iż nic nie zagraża pana życiu, sir – odpowiada powściągliwie AI.

– Na pewno nie chcesz drinka, księżniczko? – zwraca się jeszcze raz do gościa. – Ani mnie nie zabijesz?

Na oba pytania odpowiada mu jedynie nieznaczny, prawie niezauważalny, przeczący ruch głowy. Bez ryzyka nie ma zabawy, więc Tony odważa się opaść ciężko na sofę zdecydowanie zbyt blisko Lokiego.

Tony Stark nie byłby Tonym Starkiem, gdyby nie podchodził do własnego bezpieczeństwa w idiotyczny sposób.

– Skończyłeś już gadać, Stark? – odzywa się Loki po kilku chwilach milczenia. Tony wzrusza ramionami i bierze kolejny łyk szkockiej.

– Mogę zagadywać cię jeszcze przez jakieś dziesięć minut, albo możesz te dziesięć minut zaoszczędzić, powiedzieć, co tu właściwie robisz, a potem sobie pójść w cholerę. Wybieraj, Rogasiu.

– Z każdym kolejnym określeniem tego typu żałuję coraz bardziej, że postanowiłem cię dziś nie zabijać – mruczy w odpowiedzi, wyraźnie niezadowolony, wstawszy z oparcia sofy. Ubrany w swoje skórzane wdzianko w odcieniach brązu i zieleni okrąża mebel w wyjątkowo dostojny sposób i siada obok Starka. Prawie na wyciągnięcie ręki, a jednak zachowując dystans.

– Nie podejrzewałem, że twoje słowo jest w ogóle wiążące – odpiera natychmiast Tony, nim zdąży się ugryźć w język. Ma obok siebie nordyckie bóstwo, które wydaje się być dość stabilne, a nawet całkiem chętne do współpracy, zaś w głowie już narodziło mu się z osiem planów, jakich na pewno nie powinien realizować, gdyby był rozsądny i zdrowy na umyśle.

Jak dobrze, że wcale nie jest.

– Zamknij się, Stark – słyszy tylko w odpowiedzi. Sam jest zdziwiony, że grzecznie na to przystaje i tak sobie siedzą w ciszy przez dobrych kilka minut, gdy Tony sączy whisky, a Loki wpatruje się w wyłączony telewizor.

– Powiesz mi wreszcie, co za diabeł cię tutaj przytargał? – pyta nareszcie, z odrobinę niecierpliwą nutką, bo zbyt długie siedzenie w ciszy w tak szczególnym towarzystwie staje się niezręczne. Albo stawałoby się, gdyby w słowniku Starka istniało takie pojęcie. – I dlaczego nie chcesz drinka?

Wszystko, co niekomfortowe, najłatwiej jest uciszyć lekkim flirtem. I to wcale nie tak, że Tony planował nagle trochę popodrywać Lokiego, co to, to nie. Po prostu tak jakoś samo wyszło. Im bardziej zbije z tropu bóstwo chaosu, tym większa szansa, że to przeżyje. Mógł chociaż kazać Jarvisowi wysłać jakąś wiadomość do Steve’a albo Clinta, albo kogokolwiek innego.

Głupi, głupi i bezmyślny Tony Stark.

– Jeszcze raz wspomnisz o drinku, a wsadzę ci mój własny hełm w tyłek – warczy Loki.

Zirytowanie nordyckiego bóstewka przy pomocy niewinnych uwag jest czymś, z czego Tony niewątpliwie powinien być dumny, byleby tylko nie dać tego po sobie poznać. Żywy geniusz jest lepszym geniuszem od martwego geniusza. Poza tym głupio by było przeżyć Afganistan, a zginąć, bo się dogryzło o jeden raz za dużo Lokiemu.

– Może po prostu twoje towarzystwo sprawia mi przyjemność? – odpowiada wreszcie na pytanie dnia z wyraźną drwiną. – Podobno jesteś najinteligentniejszym śmiertelnikiem na tym padole, zgadnij sam.

– Na tym padole? Coś ty, ze średniowiecza się urwał?

Wystarczy jedno groźne spojrzenie Lokiego, ażeby natychmiast spoważniał.

– Okej, okej, będę już grzeczny, nie chcę twoich rogów w swoim tyłku – po czym następuje chwila milczenia. Tony nie potrzebuje dużo czasu, ażeby zrozumieć motyw wizyty Lokiego. Właściwie, zrozumiał go jakieś dwa tygodnie temu, chwilę po tym, jak przestał jechać na adrenalinie.

– Chcesz wiedzieć, czemu twój magiczny kijek przeznaczenia nie zadziałał na mnie jak na Katniss.

– Katniss? – Loki spogląda na niego z niezrozumieniem.

– Taka laska z łukiem i strzałami, serio nic ci nie świta? Myślałem, że tylko twój brat i Kapitan Lodowy Sopel są beznadziejni w popkulturę – wzdycha ciężko.

– To nie jest mój brat – warczy ponownie Loki. Użyte określenie wydaje się działać na niego niczym płachta na byka.

– Hej, księżniczko, nie wnikam w wasze rodzinne patologie – ucina natychmiast temat. – Generalnie też się nad tym zamierzałem zastanowić, ale najpierw postanowiłem zrobić jakiś milion innych rzeczy.

– Stark – głos Lokiego jest głęboki, lodowaty, rozbrzmiewa groźbami, których nie trzeba ubierać w konkretne wyrażenia.

– Laska nie zadziałała, twoja kosmiczna armia przegrała, takie są fakty. Dlaczego tak się stało? Nie wiem, może pomyślę o tym za jakieś nigdy. Czy teraz mogę zaproponować ci drinka? – obdarza go promiennym uśmiechem.

Loki przewraca tylko oczami i chyba zamierza coś odpowiedzieć, lecz przeszkadza mu głos Jarvisa:

– Sir, dzwoni doktor Banner. Był z panem umówiony na telekonferencję.

Na oczach Tony’ego Loki rozpływa się w zielonej mgle z najbardziej niewinnym uśmiechem świata. Potrząsa głową i kilkukrotnie mruga, zastanawiając się, czy aby na pewno nie miał omamów, po czym uzupełnia szklankę bursztynowym płynem.

Jeśli naprawdę nie miał omamów, spędził jakieś piętnaście minut na niegroźnym droczeniu się z facetem, który nie tak dawno wyrzucił go przez okno penthouse’a Tower.

Dziwniejsze rzeczy się zdarzały.

– Jasne, Jarvis – rzuca, wstaje z sofy i zaczyna bawić się jednym z hologramowych projektów. – Cześć, Bruce, nie zepsułeś mi jeszcze bardziej wieży?

 

 

Cztery dni później Tony’emu udaje się wmówić sobie, że Loki był koszmarem sennym albo omamem, albo czymkolwiek tam innym. W każdym razie na pewno nie był prawdziwy. W międzyczasie sprawdza też protokoły bezpieczeństwa Jarvisa. Dokładnie siedem razy sprawdza, przekopując się przez cały jego kod, i nie znajduje ani jednego błędu. Systemy nie zarejestrowały niczego niepokojącego podczas wizyty Lokiego, jakby doskonale wiedziały, iż Asgardczyk zamierza grzecznie siedzieć na sofie, odmawiać whisky i dopuścić się może ze dwóch gróźb, obu stosunkowo nieistotnych, spojrzawszy na fakt, że dwa tygodnie wcześniej wyrzucił go przez okno.

Tony nie jest pewien, co o tym myśleć.

Nie wspomina nikomu o niezapowiedzianej wizycie – jest mu prościej bez epickich kłótni z Pepper, bo znów zachowuje się nieodpowiedzialnie, naraża swoje życie i tak dalej. Bez SHIELD i nowych tak zwanych super-przyjaciół też. Clint na dzień dobry poczęstowałby go strzałą w oko za brak zaproszenia na kameralne spotkanie z Lokim. Tony nie musi doskonale znać Clinta, żeby wiedzieć, iż na pewno by to zrobił.

Cztery dni po cholernej, niespodziewanej wizycie Tony siedzi na podłodze w warsztacie i jedną ręką bawi się holograficznym projektem nowej rękawicy do zbroi, a w drugiej trzyma kawałek pizzy, kiedy słyszy:

– Nie powinieneś pracować nad tym, dlaczego berło nie miało na ciebie wpływu?

Tony zaklina szpetnie i bardzo głośno, po czym mamrocze:

– Jarvis, kurwa, znowu? Ile jeszcze razy mam sprawdzać twoje protokoły bezpieczeństwa?

– Nie wykrywam żadnego zagrożenia na terenie domu, sir – odpowiada mu natychmiast AI. Świetnie, zdradzony przez własną sztuczną inteligencję, według której Loki jest równie niebezpieczny co Happy. A Happy jest niebezpieczny tylko wtedy, gdy ktoś zagraża życiu Tony’ego, o ironio.

– Jesteś głodny, Rogasiu? – rzuca beztrosko, stosując jedyną znaną sobie i w miarę skuteczną linię obrony. Może Loki nie zauważy tych trzech szybszych wdechów i zaciśnięcia pięści w holograficznym modelu. – Pizza jest już co prawda trochę zimna i nie wiem, czy lubisz pepperoni, ale podobno trzeba być miłym dla gości. Nawet jeśli nie bardzo się ich chciało.

– Nie bądź wredny, Stark – prycha Loki, pojawiając się tuż przed nim, znów w tych asgardzkich skórach. Dobrze, że chociaż nie ma ze sobą złotego poroża.

– Nie jestem wredny – odpiera natychmiast, obdarzając Królową Jeleni zachęcającym, zbyt szerokim, by był szczery, uśmiechem.

Loki unosi znacząco brwi, milcząc.

Po chwili zawahania siada jednak niedaleko Starka, zachowując chłodny dystans i ironiczny półuśmiech. Po pizzę nie sięga, chociaż Tony przesuwa kartonowe pudło w jego stronę.

– Nie jest zatruta. Patrz, ja ją jem i nie umieram. Na takie jelenie jak ty też nie będzie toksycznie wpływać – prycha z irytacją. Niedoszły zabójca nawiedza go we własnym warsztacie, odmawia alkoholu, a teraz jeszcze nie chce cudu, jakim jest pizza. Jak tu się nie zirytować.

Loki odpowiada ciszą. Bo jakżeby inaczej.

– Serio, Bambi, czuję się niezręcznie z całym tym twoim milczeniem i upiornym pojawianiem się znikąd. Z całą resztą też tak w sumie, a ty nawet nie doceniasz mojego bycia miłym, co jest trudne w cholerę, ale Pepper każe mi być miłym, więc się staram, bo ona prowadzi moją firmę i robi te milion rzeczy, które powinienem robić ja, ale jest w tym…

– Udław się, Stark – przerywa mu nader subtelnie.

Tony nie może się nie roześmiać, co wywołuje jedynie pełne pogardy prychnięcie ze strony asgardzkiej gwiazdeczki.

– Wiesz, Bambi, ja tak w sumie mam imię – wzrusza nieznacznie ramionami, przeżuwając w międzyczasie pizzę. Może i gości, bardzo nie z własnej woli, asgardzkie książątko, ale nikt nie mówił, że musi przy tym zachować jakiekolwiek maniery albo oznaki dobrego wychowania. Na wszelkich bogów, jest Tonym Starkiem, nie musi absolutnie niczego.

Z drugiej strony, skąd, do cholery, ma wiedzieć, jaki protokół obowiązuje wśród asgardzkiej rodziny królewskiej? Z trudem przyswoił fragmenty brytyjskiego, gdy przyszło mu spotkać się – Pepper go zmusiła – z księciem Charlesem na popołudniową herbatkę i rozmowę o energii odnawialnej.

– Jestem tego w pełni świadom, Stark – bóstewko uśmiecha się jadowicie, a Tony nie jest już nawet pewien, co może się ukrywać pomiędzy jego wąskimi, zaciśniętymi wargami. Na pewno jednak nic dobrego.

Mimo wszystko zdobywa się na wręcz idiotyczną beztroskę, zbyt idiotyczną, ażeby nie dać się przejrzeć na wylot, nieuważnie protestując:

– Tony. Mam na imię Tony, Reniferku.

Loki przewraca oczami.

– Skup się na tym, dlaczego berło nie zadziałało, Anthony – syczy bardzo blisko jego ucha. Zbyt blisko, by nie przeszedł go lodowaty dreszcz.

Po tych słowach ponownie ma zaszczyt obserwować krótki spektakl rozpływania się w chmurze szmaragdowej mgły.