Actions

Work Header

Cztery molowe interludia na solowe skrzypce

Chapter Text

Interludium I

Gdzieś w innym miejscu tej serii niespójnych wspomnień przyznałem, że gdy moja droga pierwszy raz skrzyżowała się z drogą Sherlocka Holmesa, nie byłem zdrowym człowiekiem, gdyż wciąż cierpiałem z powodu rany odniesionej w Afganistanie. To była prawda, ale nie całkowita. Do mojego złego stanu doprowadził cały szereg czynników. Do najważniejszych z nich zaliczyć należy poważne zranienie w czasie bitwy pod Maiwandem, a następnie, gdy raz zostałem odratowany, dur brzuszny, który ponownie niemal doprowadził do mojej śmierci. Nie byli to jednak jedyni winowajcy stanu mojego zdrowia, kiedy powróciłem do Londynu, chociaż bardzo często pragnąłem, by tak właśnie było.
Przykra prawda jest taka, że miałem zszargane nerwy. Udawało mi się ten fakt ukrywać przez większość czasu, a przynajmniej przekonywałem samego siebie, że nikt wokół mnie nie przypuszcza, iż dolega mi cokolwiek poza zniszczoną cielesną powłoką. Było mi w tym okresie jednak bardzo trudno rozróżnić to, co istotne, od tego, co nieważne. Na początku niemal do szału doprowadzał mnie stukot dorożek – nieustający londyński dźwięk. Najdrobniejszy zgrzyt laski o bruk przypominał mi odgłosy piłowania kości – często przeze mnie samego – i doprowadzał do mojej niezwłocznej ucieczki, jakby ścigały mnie ogary piekielne. Doskonale jednak radziłem sobie z prawdziwym zagrożeniem – wkrótce po tym, jak wróciłem do metropolii, pozbawiony przyjaciół i splendoru, napadło mnie trzech rzezimieszków, najpewniej uznawszy mnie za łatwy cel. Przypuszczam, że po tym spotkaniu wszyscy trzej musieli szukać ratunku w szpitalu.
Przed wojną nie byłem próżny – szczerze mówiąc, rzadko kiedy zastanawiałem się nad swoim wyglądem. Jednak po wojnie, patrząc w lustro, doznawałem przedziwnego uczucia, że widzę własnego ducha. Obraz w odbiciu był blady, zmęczony, strapiony i – dla mnie osobiście – dość obrzydliwy. Szybko przekonałem samego siebie, że już żaden człowiek nie zapragnie nawiązać ze mną intymnych stosunków. Wyglądałem dokładnie tak, jak weterani – ludzkie ruiny, których doglądałem przed własnym upadkiem; a będąc wtedy jeszcze sam przy zdrowych zmysłach, z całą pewnością nie zapragnąłbym żadnego z nich. Prawdę mówiąc, litowałem się nad nimi. Litowałem się nad ich okaleczonymi ciałami, udręczonymi oczami, cichymi dźwiękami zduszonej agonii, które wyrywały im się z gardeł, gdy sądzili, że nikt ich nie słyszy. Teraz, gdy sam stałem się ludzką ruiną, nie mogłem pozwolić sobie na kontakty ze zdrowym człowiekiem. Moje odbicie w lustrze wydawało mi się iluzją własnego trupa. Nigdy wcześniej nie unikałem fizycznego kontaktu z innymi, ale wtedy, gdy oczekiwałem za każdym razem odrzucenia, unikałem innych mężczyzn mojego typu jak zarazy.
Dopóki mieszkałem sam, problemy, o których tu piszę, nie miały większego znaczenia. Wyrządzić krzywdę mogłem wyłącznie sobie samemu. Ale potem stwierdziłem, że moja renta topnieje w zastraszającym tempie i, obawiając się, że przerażająca bieda nie poprawi mojej – już i tak spartańskiej – egzystencji, powiedziałem o tym mojemu koledze, Stamfordowi.
- Jak widzę, był pan w Afganistanie – powiedział nieznajomy. Z uprzejmym uśmiechem pomyślałem, że oczywiście, że byłem w Afganistanie – jaki inny naród mógłby tak zniszczyć człowieka?
Mężczyzna, któremu przedstawił mnie Stamford, był młody, pełen energii, jaśniejący z powodu naukowego odkrycia – oraz nadnaturalnie oszałamiający. Wszystko, co go dotyczyło, było nasilone. Nie był wysoki – był bardzo wysoki. Miał bardzo bladą twarz i bardzo ciemne włosy. Nie było w nim niczego, co by nie było bardzo. Był bardzo profesjonalny, bardzo inteligentny i bardzo, bardzo przystojny. Nazywał się Sherlock Holmes i w ciągu tygodnia wprowadziliśmy się razem do mieszkania na Baker Street.
- Ponieść to panu? – zapytał na schodach, gdy wydawało się, że pokona mnie masywna walizka z medycznymi periodykami.
- Poradzę sobie sam – uśmiechnąłem się.
- Bez wątpienia – odparł z pełną dystansu uprzejmością. – Ale nie musi pan.
- Zapewniam pana, nie musi mnie pan obsługiwać.
- Doktorze, nie jestem w tym momencie na tyle bogaty, bym mógł sobie pozwolić na utratę połowy czynszu, gdyby spadł pan ze schodów i pogrzebały pana medyczne artykuły. Ostatecznie, sam nie jestem lekarzem. Musiałbym przeczytać wszelkie instrukcje, by dowiedzieć się, jak najlepiej pana poskładać. Kiedy dotarłbym do pańskiego martwego ciała, byłoby już nieco za późno.
Brzmiało to dowcipnie, ale już odkryłem, że pod wnikliwymi stwierdzeniami kryje się chłodna kurtuazja. Miał przyjemny zwyczaj wyśmiewania się z własnych finansowych problemów, jakby wyzywał innych, by śmieli zrobić to samo, więc nie poczułem się osobiście urażony. Tak czy tak – już zabrał mi walizkę. Wtedy po raz pierwszy dowiedziałem się, że Sherlock Holmes jest człowiekiem, który robi dokładnie to, czego chce.
Wielokrotnie pytano mnie, jak można z nim mieszkać i nie rozpraszać się nieustannie. W tych pierwszych dniach odpowiedź na to pytanie była dość prosta – był nie tylko współlokatorem; stanowił moją nieco obsesyjną fascynację. Dodatkowo trzymałem swój gniew w ryzach, bo nie miałem pewności, czy powody mojego zdenerwowania mogą być uznane za racjonalne.
Tak więc, gdy chodził po dokumentach, które rozścielił wcześniej na ziemi, mój umysł stawał w płomieniach, przywołując szczękanie odległego, potwornego ostrzału, ale nie narzekałem, bo to byłoby dla mnie ostatecznym dowodem, że postradałem zmysły. Z drugiej strony, strzelanie do celu we własnych czterech ścianach uznałem za zabawnie ekscentryczne. Pewnego popołudnia zabrał z powrotem na tackę moją filiżankę ze stolika i musiałem opanować chęć uderzenia go, gdyż na dnie był jeszcze dobry centymetr mocnego, brązowego napoju, a ja nie byłem w stanie się przekonać, że dobra angielska herbata, zaparzona czystą wodą, nie jest już rzadkim luksusem. A przecież to, jak zadymiał pokój toksycznymi wyziewami z własnej fajki podczas całonocnych medytacji, uznawałem za głęboko ujmujące.
Tak wiele rzeczy, które mówił i robił, było głęboko ujmujące. Stworzyłem wiele list zawierających cechy tego biedaka, lecz tylko jedną z nich podzieliłem się z szerszą publiką. Podziwiałem w nim niemal wszystko, podziwiałem nawet jego wstrząsającą porywczość i arystokratyczną atmosferę wyższości, jaką wokół siebie roztaczał, gdyż tacy mężczyźni od zawsze beznadziejnie mnie pociągali. W tych burzliwych powojennych dniach nie chciałem podejmować decyzji ani wymyślać reguł. Sprawa Jeffersona Hope’a, a także wiele innych przygód, które dzieliliśmy na początku naszej znajomości, z całą dobitnością uświadomiły mi, że nie muszę tego robić – musiałem jedynie podążać za Sherlockiem Holmesem.
Ten najlepszy i najmądrzejszy mężczyzna, jakiego kiedykolwiek znałem, stawał mi się coraz bliższy raczej dzięki wielkim susom niż małym kroczkom. Szybko zauważyłem, że potrafi być bardzo zimny, jeśli chce, i czarujący w innych okolicznościach, a także, że z maestrią dostosowuje do okoliczności swoje złośliwe poczucie humoru. Nie miałem wątpliwości, że za mną przepada, bo był człowiekiem, który lubi, gdy się za nim podąża. I ja przepadałem za nim z całego serca, a w zaciszu mojego pokoju na piętrze pożądałem go. Nie byłem w stanie z całą pewnością stwierdzić czy jest uranistą, czy też trwa w celibacie, zaś krótkie i rzadkie spojrzenia w lustro upewniały mnie, że gdyby nawet pożądał mężczyzn, z całą pewnością nie pożądałby mnie.
Susy, o których wspomniałem – pojedyncze wydarzenia, które raptownie zbliżały nas do siebie – łączył ze sobą jeden czynnik, który po dziś dzień wydaje mi się nieco zagadkowy. Osiągnęły w końcu kulminację przy okazji Ligi Rudzielców, a przy wszystkich tych okolicznościach mój przyjaciel grał na skrzypcach.
xxx
Pierwsza gwałtowna zmiana zaczęła się od kłótni. Było to wkrótce po rozwiązaniu sprawy, którą opisałem jako „Studium w szkarłacie”. W nocy spałem bardzo źle. Nie miało to związku z tajemnicą – pod wieloma względami wyjątkową w swoim dramatyzmie – lecz z tym, że wytrwale śniłem o Afganistanie. Budziłem się gwałtownie siedem czy osiem razy i mój nastrój dramatycznie na tym ucierpiał. Kiedy koło jedenastej rano z wyczerpaniem osunąłem się na mój fotel w salonie, zadowolony byłem, że w pokoju znajduje się Holmes. Napełniła mnie wdzięczność za towarzystwo.
W ramach powitania uniósł brwi. Był na wpół ubrany, miał na sobie szlafrok i biegle grał gamy. Zamknąłem oczy i słuchałem, zupełnie wyczerpany, tak jakbym całą noc ciężko pracował. W końcu przestał grać i sięgnął po gałganek. Najwyraźniej coś mu nie odpowiadało w smyczku, gdyż zaczął przecierać włosie szmatką i kalafonią.
Może była to wina ciężkiej nocy, a może to, co się stało, stałoby się i tak, ale ten dźwięk był taki sam jak miękkie plaśnięcie, które wydaje kordelas wbijający się w ciało. Dźwięk, który niegdyś słyszałem o wiele za często. Wytrzymałem trzydzieści, może czterdzieści sekund.
- Przestaniesz wreszcie? – wybuchnąłem.
Rzadko udaje mi się zaskoczyć Sherlocka Holmesa, ale z całą pewnością wtedy mi się udało. Nadal trzymał smyczek Stradivariusa, ale upuścił szmatkę i przez jedną-dwie sekundy patrzył na mnie szeroko otwartymi, zdumiewająco szarymi oczami, po czym je zmrużył.
Już zaczerwieniłem się ze wstydu.
- Mój drogi, bardzo cię przepraszam – jęknąłem. – Nie mam pojęcia, co we mnie wstąpiło. Wybacz mi… zrobiłem z siebie wystarczającego głupca. Proszę, nie przeszkadzaj sobie i nie miej do mnie żalu.
Wstawałem, gdy czubek smyczka delikatnie stuknął w moje ramię.
- Usiądź – zakomenderował.
Usiadłem, ukryłem twarz w dłoniach i potarłem ciężkie powieki.
- Kłamiesz – stwierdził z namysłem.
Spojrzałem na niego, zszokowany.
- Ależ nie! Naprawdę, tak strasznie mi wstyd…
- Nie o tym mówię, doktorze – przerwał mi łagodnie. – Powiedziałeś, że nie wiesz, co w ciebie wstąpiło. A przecież doskonale wiesz, co się właśnie wydarzyło, a to boli cię bardziej niż sam wybuch.
Westchnąłem i poprawiłem szlafrok. To, że miał rację, nie usprawiedliwiało wścibstwa tego stwierdzenia. Wręcz przeciwnie.
- Nie chcę się narzucać – kontynuował, siadając w swoim fotelu – ale możesz mi o tym opowiedzieć.
Holmes założył nogę na nogę w typowy dla siebie, wytworny sposób. Przypominał młodego dziedzica posiadłości ziemskich, który niedawno się obudził po nocy alkoholowej rozpusty. Często tak wyglądał: nieskalanie czysty, a jednak rozchełstany i zmęczony życiem; nie mogę wyrazić słowami, jak to wzmagało moje pożądanie. Pomyślałem, że na całym świecie nie ma osoby, której mniej chciałbym opowiedzieć, co się ze mną działo. Wtedy on się roześmiał.
- Mój drogi, czy miałbyś coś przeciwko, gdybym ci powiedział, co w tej chwili myślisz? – spytał, łącząc czubki palców.
- Holmesie – zaprotestowałem ze zmęczeniem. – Jesteś bardzo inteligentny i właśnie rozwiązałeś niewiarygodnie złożoną sprawę. Jak sądzę, nie ukrywałem przed tobą, że jestem pod ogromnym wrażeniem twoich cudownych umiejętności. Ale nie jesteś w stanie czytać mi w myślach.
Zazwyczaj uśmiechnąłby się złośliwie po takim stwierdzeniu. Tym razem uśmiech się nie pojawił.
- Myślisz – odparł z dziwnie cichą pewnością – że nie znasz nikogo w Londynie, że straciłeś wielu ludzi, którym w normalnych okolicznościach mógłbyś zaufać… i że jestem cywilem, i do tego dość aroganckim czortem, więc uznałeś, że lepiej będzie, jeśli będziesz cierpiał w milczeniu, by nie zaryzykować utraty szacunku jedynej osoby, którą możesz nazwać przyjacielem. Wiem, co myślisz, gdyż i ja nie mam żadnych przyjaciół i, będąc na twoim miejscu, uznałbym za stosowne ukrycie tego sekretu, o którym mówimy, w najciemniejszym zakamarku mojego umysłu, by nie ryzykować, że uznasz go za odrażający. Jednak w tym przypadku mam nad tobą przewagę, doktorze, bo wiem, o czym myślisz, równie dobrze, jak wiem, o czym myślę sam – i z całą pewnością, o co by nie chodziło, nie uznam, że to odrzucające. Znam cię na tyle dobrze, by przysiąc, że jesteś stuprocentowo bezpieczny.
To przerażające, ale podczas tej krótkiej przemowy łzy stanęły mi w oczach. Uznałem, że może on ich nie zauważy, jeśli sam je zignoruję, więc nawet nie próbowałem ich otrzeć.
- Brzmi jak kordelas – szepnąłem. Nadal widziałem skapującą z ostrza krew; własne dłonie, które nie mogły nic poradzić; czułem wiszący w powietrzu zapach rozszarpanego ciała, którego niemal można posmakować.
Zamrugał i przekrzywił elegancką głowę.
- Mój smyczek?
- Gdy wycierasz go kalafonią. Jak kordelas tnący miękką tkankę.
Wargi mojego nowego przyjaciela rozchyliły się powoli.
- Watsonie, tak bardzo cię przepraszam.
- Proszę, nie. Ostatecznie to tylko mój zwichrowany umysł widzi powiązanie.
- Twój umysł nie jest zwichrowany. Prawdę mówiąc, jest doskonały.
- Był dość sprawny – przyznałem. – Ale teraz uległ znaczącemu zniszczeniu i naigrawa się ze mnie okrutnie.
Mój współlokator przez chwilę wbijał we mnie wzrok, wyraźnie się wahając.
- Nie mogę znieść silnego zapachu sosnowej żywicy.
Zmieszałem się.
- Naprawdę? Dlaczego?
Holmes spojrzał w ogień buzujący w kominku, położył z namysłem palec na wargach i podciągnął nogę w górę.
- Ponieważ, będąc chłopcem, pojechałem kiedyś na przejażdżkę. Moja ulubiona klacz zrzuciła mnie, kiedy wpadła w dziurę zamaskowaną listowiem. Upadłem, z twarzą obok gałęzi, która złagodziła uderzenie o ziemię. Gdy się ocknąłem, miałem fatalnie złamaną rękę, a koń rżał jak oszalały. Szedłem prawie pięć kilometrów do domu, słuchając płaczu biednego stworzenia, gdyż nie miałem przy sobie pistoletu.
- To straszne – powiedziałem ochrypłym głosem.
- Nie straszniejsze niż kordelas – zauważył z troską. Potem uśmiechnął się do mnie. Rzadko się uśmiechał, więc ten widok, łagodnie mówiąc, był zaskakujący.
- Drogi przyjacielu – kontynuowałem – bardzo mi przykro, że coś takiego cię spotkało, ale muszę przyznać, wdzięczny jestem, że mi powiedziałeś. Zaczynałem odnosić wrażenie, że tracę rozum. Przysięgam uroczyście: w tym mieszkaniu zapominamy o bożonarodzeniowych dekoracjach na wieki wieków amen. Tak długo, jak długo będziemy tu razem mieszkać.
- Jesteś zbyt miły, ale nie odmówię. – Wykrzywione brwi mojego przyjaciela zmarszczyły się. – Doktorze, czy słusznie podejrzewam, że coś takiego miało miejsce wcześniej, ale byłeś wtedy w stanie w jakiś sposób ukryć swój niepokój?
Tylko westchnąłem, ale uznał, że to potwierdzenie. Wstał z fotela, podszedł do mnie i pochylił się, a w jego oczach płonęło zdecydowanie.
- Jeśli to znów będzie miało miejsce – niezależnie, czy z powodu smyczków skrzypcowych, gwizdków, czy też łyżeczek stukających w porcelanę – musisz mi powiedzieć. – Wyciągnął do mnie dłoń. – Jeśli nie będę wiedział, że cię niepokoję, nie będę mógł przestać.
Uścisnąłem jego dłoń, zdumiony rozwojem wydarzeń tego ranka. Przede wszystkim, Sherlock Holmes był najwyraźniej tak samo samotny, jak ja. Po drugie, dotykałem jego dłoni. Jego dłonie są dziełami sztuki. Są szczupłe, subtelne, zwinne, tak, że zapiera to dech w piersiach – są wszystkim, czym powinny być dłonie. Puściłem ją niechętnie.
- A teraz – zastanowił się, podnosząc smyczek i skrzypce. – Gdzie przerwałem?
Nie podjął gam – zagrał całą serię cudownych utworów; prostych ludowych melodii, które wypełniły nasz salon światłem i spokojom. Czułem się coraz bardziej senny, podczas gdy on wszedł w introspektywną tonację molową, grając smutne, delikatne walce i starodawne cygańskie melodie. Gdyby ta koncepcja nie była tak absurdalna, niemal mógłbym sobie wyobrazić, że gra dla mnie. Niezależnie jednak od powodów, dla których grał, zanim zasnąłem w moim fotelu, zdałem sobie sprawę z trzech rzeczy. Po pierwsze, Sherlock Holmes nie był zdystansowanym mechanizmem, za którego wcześniej go brałem. Był na to zbyt muzykalny i zbyt wrażliwy. Po drugie, już i tak uważałem, że jest fascynujący i nieodparcie atrakcyjny – teraz zaczynałem sądzić, że jest mi niezbędny do życia. Po trzecie, jeśli nie będę bardzo ostrożny, mogę się w nim zakochać – a to byłaby zbyt bolesna otchłań, by przejść nad nią do porządku dziennego. Będę musiał się jej strzec.
xxx
Około dwóch tygodni później, po wizycie w parku i zatrzymaniu się w pubie na pintę ale, wróciłem do domu, by zastać Sherlocka Holmesa siedzącego w łukowym oknie i zerkającego w dół, na chodnik. Wielokrotnie miałem okazję zaobserwować, że ma dość mroczne poczucie humoru, ale bywał też bardzo smutny – to, co zaczynało się jako zamyślenie, nieraz przeobrażało się w najczarniejszą depresję, jaką miałem okazję oglądać. Z własnych powodów – solidnych, jak się wkrótce, czytelniku, przekonasz – podejrzewałem, że to narkotyki są przyczyną ostatecznego stuporu, jeśli nie początkowej melancholii, ale nigdy nie miałem na tę tezę dowodu. Owej nocy otrzymałem dowód najżelaźniejszy z możliwych.
Zasłony były do połowy zaciągnięte, nie mógł więc dostrzec, jak wchodziłem. Całkowicie podciągnął do góry swój lewy rękaw i siedział, wbijając wzrok w całą serię śladów po nakłuciach. W prawej dłoni trzymał niewielką strzykawkę. Kiedy wszedłem, spojrzał na mnie, a następnie powrócił do oglądania swego ramienia. Podszedłem do niego.
- Czy to nie interesujące – powiedział – że to miasto jest pełne różnorodności i intryg, a jednak czasem tak trudno mi je znieść?
- Naprawdę myślisz, że to wina miasta? – zapytałem ostrożnie. Równie uważnie usiadłem naprzeciw niego w okiennej wnęce i założyłem nogę na nogę. Przyciągnął swoją nogę i skulił się w kącie, by zrobić dla mnie miejsce. Być może zrobił to dlatego, że byłem zdeterminowany, by patrzeć na strzykawkę, na niego, na jego upiorne ramię tylko z moim zwyczajnym, obojętnym wyrazem twarzy.
- Być może samo miasto nie jest winne – zgodził się wolno. Jego oczy znów zwróciły się na wykończone konie i bezimiennych przechodniów pod nami. – Może to jego mieszkańcy.
- Niepokoi cię złożoność tłumu?
- Nie złożoność – uśmiechnął się. – Chyba zdajesz sobie sprawę, jak bardzo cieszy mnie różnorodność. Ale ich małostkowość, chciwość, pazerność, bezmyślna przeciętność, perwersja i podłość, to, że w gruncie rzeczy wszyscy są samotni…
To było gorsze niż jego zwykłe, nieco poetyckie tyrady.
- Zacząłem sądzić, że samotność ci odpowiada. A co do reszty, twój opis wydaje mi się nieco zbyt ponury… a poza tym nie jestem w stanie wyobrazić sobie ciebie na wsi – wyznałem. Był stworzeniem do głębi miejskim. Niemal niemożliwie byłoby pomyśleć, że mógłby nosić słomiany kapelusz i lnianą odzież… a już na pewno nie melonik i małomieszczański tweed.
- Na wsi jest jeszcze gorzej, zapewniam cię – odparł ponuro.
- Czyżby?
- Tak. Na wsi zło, o którym mówię, istnieje niezauważone.
- Holmes, czy coś jest nie w porządku?
- Nawet jeśli coś faktycznie byłoby nie w porządku – poza tą nieszczęsną, codzienną farsą, zwaną światem – cóż mogłoby cię to obchodzić? – zapytał beznamiętnie.
- Nie chcę się narzucać – zacytowałem go – ale możesz mi o tym opowiedzieć.
Uśmiechnął się słabo, być może tylko dlatego, że przywołałem to zdanie. Ten uśmiech był dla mnie dobrodziejstwem i mogłem mieć tylko nadzieję, że ustępstwo stanie się przyczynkiem do czegoś więcej. Zgiął swoje odsłonięte, lewe ramię i z namysłem zaczął przekładać strzykawkę między palcami obu dłoni.
- Miałem dziś klienta.
To niewiele wyjaśniało, gdyż zazwyczaj klienci wprawiali go w nastrój porównywalny tylko z tym, w jaki uczniaka wprawiają wakacje. Poza tym mój współlokator – mimo swoich nieskazitelnych ubrań – był biedny jak mysz kościelna. Milczałem więc. Nie miałem zamiaru wpaść w pułapkę, pogratulować mu bardzo potrzebnego uznania i zapłaty. Jeśli klient przyczynił się do jego obecnego nastroju, to wydarzenie to nie mogło być przyjemne. Przez kilka minut nie powiedział nic więcej, ale przeczekałem ten czas cierpliwie, w milczącym współczuciu, więc odezwał się znowu. Jego jedwabisty głos brzmiał głucho.
- Klientem była kobieta o bardzo ograniczonych finansach. Chciała, bym oskarżył jej męża o przestępstwo. Albo kilka, gdybym wolał. Zapewniła, że jest do moich usług, jeśli chodzi o podłożenie dowodów, których będę potrzebował, by przekonać sąd. Ponadto dodała, że, pomagając jej, pomogę też swojej karierze, gdyż wolno mi wybrać jakiekolwiek ważne, toczące się obecnie śledztwo i rozwiązać je, ogłaszając, że winnym jest jej mąż. Poza sławą, którą chciała mnie obdarować, obiecała mi pięć funtów. Pięć funtów. Nie chcę nawet myśleć, jakim cudem uzbierała tyle pieniędzy. Watsonie, czy masz pojęcie, co pięć funtów znaczy dla kogoś w jej położeniu?
- Nie – przyznałem – choć dla mnie to brzmi jak królewski skarb. Przykro mi, że kobieta o tak wątpliwym charak…
- Chciała, żebym zaaresztował jej męża i zabrał go od niej – wyszeptał mój przyjaciel – z powodu tego, co ten robi ich dzieciom.
Wbiłem w niego wzrok, nie umiejąc wykrztusić ani słowa. Podczas tej potwornej opowieści ani razu na mnie nie spojrzał. Jego szlachetna, uduchowiona twarz zwrócona była do strzykawki albo do szczupłego, pooranego bliznami ramienia, albo do ulicy pod nami. Jego brwi marszczyły się coraz bardziej, a blada twarz robiła się bledsza. Gdy pierwszy raz spotkałem Sherlocka Holmesa, pozwolił mi uwierzyć, że nic nie jest w stanie wzruszyć jego nieprzerwanej pewności siebie i chłodnej rezerwy… a jednak oto wydawał się chory na samą myśl o cierpieniu niewinnych nieznajomych, jakby do jego obowiązków należało powstrzymanie takich incydentów. Wielokrotnie dochodziłem do wniosku, że wydawał się myśleć, iż Londyn jest jego królestwem, a mieszkańcy – od momentu, w którym poprosili go o pomoc – jego osobistym zmartwieniem.
- Drogi przyjacielu – szepnąłem, gdy odzyskałem oddech na tyle, by się odezwać. – Nie umiem wyrazić, jak bardzo mi przykro, że tacy ludzie istnieją. A jeśli mi pozwolisz, pomijając ten niewyrażalny smutek, jest mi przykro, że tak to na ciebie wpłynęło.
Wtedy na mnie spojrzał, a w jego burzowo szarych oczach błysnęło zaskoczenie.
- Sądzę jednak, że powinieneś wiedzieć jedno. Mimo tego, co mi powiedziałeś, nie podzielam twojej opinii o fatalnym stanie londyńskiego społeczeństwa – dodałem stanowczo. Przybrał zajadły wyraz twarzy, ale nie pozwoliłem sobie na zniechęcenie. – Słusznie odrzuca cię piekielna obrzydliwość niektórych z naszych sąsiadów, ale tacy bezużyteczni ludzie mają swoich odpowiedników… swoich wrogów, swoje przeciwieństwa. Ty jesteś jednym z nich. To dla mnie zaszczyt, że mogłem się o tym dowiedzieć, Holmes… że mogłem poznać ciebie.
Widziałem, że zabrakło mu tchu. Zasłonił dłonią oczy – jego rozpięty, biały rękaw zsunął się – a ja odwróciłem się na chwilę, by pozwolić mu ukryć to, co ukryć chciał; by miał wystarczająco dużo czasu, żeby wziąć się w garść. Nie okłamałem go – byłem dumny. Prawdę mówiąc, głęboko szanowałem go za to od pierwszego dnia naszej znajomości. Gdy dotknął stopą obutą w kapeć mojej nogi, znów zwróciłem na niego uwagę. Tylko na niego.
- Co zamierzasz zrobić? – zapytałem.
- Och, Watsonie – powiedział z żalem, patrząc na mnie jasnymi oczami. Jego usta były niepokojąco zaciśnięte.
- Co już zrobiłeś? – dopytywałem w nagłej fali strachu.
- Dałem jej pięćdziesiąt funtów – odparł, śmiejąc się urywanie. – To jej wystarczy, by wysłać trójkę dzieci do ciotki w Sussex i płacić na ich utrzymanie przez rok albo dwa. Może dłużej. Osobiście odprowadziłem ich na stację godzinę temu.
- Holmes – powiedziałem, wstrząśnięty ponad miarę. – Ty nie masz pięćdziesięciu funtów.
- Wiem – odparł i znów się roześmiał. Był to śmiech pozbawiony radości, bezdźwięczna konwulsja. – Lepiej byłoby, gdybym zrobił to, o co prosiła, i wziął od niej pięć funtów. Bóg jeden wie, że są mi potrzebne. Pożyczyłem te pieniądze. Od niezbyt pięknie pachnącego człowieka, muszę dodać, gdyż nie miałem innego wyj…
- Holmes, ja nie mam pięćdziesięciu funtów!
- Ależ naturalnie. Czyżbyś kiedyś dał do zrozumienia – wydatkiem, słowem albo wyborem mieszkania – że je masz?
- Holmes – powiedziałem po raz trzeci. – Co my zrobimy?
Wydawał się na chwilę zapomnieć o strzykawce w dłoni, gdyż pochylił się w moją stronę i wycelował we mnie rzeczonym przedmiotem. Jego oczy lśniły ostrzej niż czubek maleńkiej igły.
- Dlaczego, na litość boską, powiedziałeś „my”? Czyżbyś przy pomocy hipnozy zakorzenił ten pomysł w moim umyśle? Jeśli tak, oczywiście przyznam ci, że jesteś winny, ale chwilowo nie widzę ku temu powodów.
- Jednakże okazuje się, że brakuje mi połowy czynszu.
- To mnie należy winić za to niedorzeczne wydarzenie! Cóż ta połowa czynszu ma wspólnego z tobą? – wykrzyknął, wytrącony z równowagi i całkowicie wyczerpany. – Spod ziemi wyciągnę połowę przyszłomiesięcznego czynszu, a potem niezwłocznie wyprowadzę się, byś mógł dzielić to mieszkanie z kimś inteligentnym na tyle, by płacić. Wyrzuć mnie na ulicę, a twój problem natychmiast znajdzie rozwiązanie. Ostatecznie wiem, jak sobie… poradzić.
- Pomijam fakt, że to twoje nazwisko jest na dokumentach wynajmu, ale ani się waż jeszcze raz sugerować, że jestem zdolny do czegoś takiego – odparłem szorstko, przerażony wizją życia na Baker Street – życia w Londynie – bez obecności mojego nowego przyjaciela, Sherlocka Holmesa. Każde rozwiązanie byłoby lepsze od jego nieobecności. – To tutaj mieszkasz. Coś wymyślimy.
- Doktorze…
- Coś wspólnie wymyślimy. Nie mogę jeszcze powrócić do praktykowania medycyny – mógłbym komuś zrobić krzywdę – ale mogę i zamierzam ci pomóc. Inaczej miałbym o sobie bardzo niskie mniemanie, skoro umożliwiłeś mi mieszkanie tu w równym stopniu, w jakim ja umożliwiłem to tobie. Razem sobie poradzimy.
Równie dobrze mogłem mówić w obcym języku, gdyż on wydawał się ani trochę mi nie wierzyć. Jego ciemne brwi były uniesione, usta otwarte, jakby chciał zapytać, czemu, do diabła, przysięgam coś tak absurdalnego, skoro wina leży całkowicie po jego stronie. Szczerze mówiąc, oczekiwałem wybuchu. Ale w końcu tylko zamknął usta, a na jego władczej twarzy pojawił się przepiękny wyraz czułości. Nigdy nie widziałem, by tak wygląda,ł i mój puls przyspieszył. Było to spojrzenie niewinnie szczere, a jednocześnie wręcz przeciwnie – badawcze, oceniające, może nawet podejrzliwe – jakby chciał się dowiedzieć, czemu postępuję, jak postępuję.
- Nic nie mogę zaoferować ci w zamian – powiedział. Jego głos brzmiał niemal nieśmiało w swej pełnej opanowania grzeczności. – To, co posiadam…
- Tak, jest coś, czego od ciebie chcę – odpowiedziałem.
Zrobił ruch głową w tył i w zaskoczeniu otworzył usta. A następnie zgubił myśl, gdyż spojrzałem na jego strzykawkę.
- Chcesz mojej morfiny?
- Chcę, żebyś przestał ją zażywać.
Przypuszczałem, że zmarszczy czoło, i dokładnie to zrobił, krzywiąc się z powodu mej niezręcznej, nieudolnej, agresywnej ingerencji w jego prywatne interesy. Skłamałbym, gdybym powiedział, że nie spiorunował mnie wzrokiem. Ale po krótkiej chwili namysłu wstał, wzruszając ramionami włożył strzykawkę do pudełka i odłożył je do jednej z szuflad biurka.
- Proponujesz, że będziesz ze mną dzielił zupełnie nowy poziom biedy, a w zamian jedynie pragniesz, bym powstrzymał się od dawki morfiny? – spytał, odwracając się ponownie w moją stronę. Jego twarz ociepliła się, chociaż powróciło na nią zmieszanie.
- Owszem – uśmiechnąłem się. – A teraz świętuj ze mną.
Oparł się o biurko i założył ramiona na piersi w surowej dezaprobacie.
- Co nawet ktoś o twojej wyobraźni może chcieć świętować w taki dzień jak dzisiejszy? Zniszczyłem moją przyszłość i pociągnę cię za sobą na dno, jeśli nie zrezygnujesz z tej ekscentrycznej i pozbawionej podstaw lojalności. Co, według ciebie, powinniśmy świętować?
- Wyjazd trójki dzieci do Sussex.
Nie chciałem tego, ale znów odwrócił się do mnie tyłem i ukrył przede mną twarz – jeśli stałem się przyczyną jego bezbronności, pozostanie ona tajemnicą na wieki. Usprawiedliwił ten ruch, podchodząc spokojnie do szafki i nalewając do dwóch kieliszków wina bordoskiego zupełnie spokojnymi, cudownie wdzięcznymi dłońmi. Wziąłem głęboki oddech, przypominając sobie o ostatnich okolicznościach, w których zakochałem się w mężczyźnie. Przekonywałem samego siebie, że uczucie to było czymś zupełnie odmiennym. Tu chodziło o podziw, szacunek, poczucie wspólnoty, którego nie zaznałem wcześniej.
- Za ciebie, Johnie Watsonie. – Holmes powrócił, wręczył mi kieliszek i uniósł swój w moim kierunku. Jeden z kącików jego ust unosił się – była to mina, którą wytrwale studiowałem. – Za twoje uzdolnienia. Z nadzieją, że przyniosą nam odrobinę ogromnie potrzebnego szczęścia.
Wydarzyło się coś bardzo dziwnego. Gdy stuknęliśmy się kieliszkami, te opierały się przez dłuższą chwilę o siebie. Nigdy nie widziałem takiego toastu.
- Za ciebie, Sherlocku Holmesie – odparłem. – Z nadzieją, że twoja umiejętność grania na skrzypcach jest bardzo, bardzo cenna.
Roześmiał się w swój czarujący, bezdźwięczny sposób, odstawił wino na stół i wziął w ręce instrument oraz smyczek. Brzęknął na strunach w tonacji durowej, w staccato.
- Jeśli oczekujesz, że zarobię na grze na skrzypcach pięćdziesiąt funtów, lepiej będzie, jak zacznę ćwiczyć.
Gdzieś pomiędzy rozmową a winem, a milczeniem, a ogromnym, ukrytym zmartwieniem, mój przyjaciel zagrał dla mnie tej nocy. Myślę, że tylko w taki sposób był w stanie tego dnia świętować. Grał z przerwami przez wiele godzin dla widowni składającej się z jednego okaleczonego, byłego wojskowego medyka. To była druga ważna sytuacja, w której tak postąpił.
xxx
Żaden z nas nie miał nikogo, do kogo mógłby się zwrócić po pieniądze. Kiedy spytałem mojego współlokatora, czy nie ma jakiegoś krewnego, który byłby w stanie udzielić mu pożyczki, ten tylko uśmiechnął się ponuro i odparł, że każdy krewny, o jakim może pomyśleć, jest równie biedny jak on sam. Gdy kilka dni później nadszedł czas, by zapłacić pani Hudson, usiadłem przy naszym wspólnym biurku z książeczką czekową i wypisałem całą sumę. To zaowocowało niepokojącym niedostatkiem w moich oszczędnościach.
- Jesteś albo świętym, albo szaleńcem – zauważył mój przyjaciel, pochylając się nade mną.
- Oddasz mi w przyszłym miesiącu – odparłem, ignorując jego niedowierzającą minę. – Ufam ci.
- Owszem, tyle zauważyłem. Ale nie masz po temu absolutnie żadnego powodu – wymamrotał.
- Jesteś przeciwko ufaniu przyjaciołom, jeśli nie ma się udokumentowanego dowodu na ich cnotę?
- Każdy zdrowy na umyśle człowiek zgodziłby się ze mną – stwierdził szorstko. – A z całą pewnością, każdy mieszkaniec Londynu. Postępuję z ludźmi tak, jak na to zasługują.
- To nieprawda. Postępujesz z nimi znacznie lepiej. Widziałem. Gdyby się postępowało z ludźmi tak, jak na to zasługują, nikt nie uchroniłby się przed biczowaniem. Tak czy tak, niepokoję się coraz bardziej. Czyżbyś miał powiedzieć, że mi nie ufasz? – zażartowałem.
Zamrugał i uśmiechnął się lekko. Wyjął mi czek z dłoni.
- Oczywiście, że ci ufam – wymruczał leniwie, znacząco postukując kartką o blat. – Ale zauważ, że mam w dłoni wymierny powód ku temu… ty nie.
Mogłem mu ufać – nawet jeśli bezrozumnie – jednakowoż nie posiadałem tylu pieniędzy, by powtórzyć mój gest. Powiedziałem mu o tym uczciwie. Ale przynajmniej Sherlock Holmes miał źródło dochodów – nawet jeśli zaledwie raczkujące – podczas gdy niedomaganie znacznie ograniczało moje środki do życia. Mój przyjaciel stwierdził, że potrzebujemy spraw. W gruncie rzeczy: bardzo wielu spraw – albo jednej, dochodowej, od bardzo bogatego klienta. A zatem zaczęliśmy – Sherlock Holmes i ja – przyjmować wszelkie zaprezentowane nam zlecenia. Czasem dwa albo trzy jednocześnie.
Początkowo nie byłem w stanie zrozumieć, dlaczego Holmes zaprasza mnie na swoje pasjonujące ekspedycje, aż w końcu poznałem go na tyle, by odkryć, że uwielbia zwracać na siebie uwagę; był jak magik, który wolał zaprezentować sztuczkę przed publicznością niż w samotności. Poza tym, pomijając mój szczery podziw, postanowiłem być przydatny: na przykład, prowadziłem notatki. Kiedyś, za jego zgodą, zamierzałem użyć ich do pisania opowiadań, chociaż nie śmiałem mu o tym wspomnieć.
- Co robisz? – spytał mnie któregoś popołudnia, obrzucając złowrogim spojrzeniem pusty notes w mojej lewej ręce i pióro w prawej. Staliśmy na wiejskiej stacji kolejowej, oczekując pociągu, który zawiezie nas z powrotem na Kings Cross.
- Upamiętniam cię – odparłem poważnie.
- Upamiętniasz moje przełomowe metody sprawdzania rozkładu jazdy pociągów? – prychnął. Był tego popołudnia oburzony prześmiewczymi szyderstwami policjantów. Przypuszczam, że sam chciał z kogoś poszydzić. – Watsonie, muszę powiedzieć, że jak na człowieka, który widział tyle świata, bardzo łatwo cię zdumieć.
- Tak naprawdę notuję, co pani Beardsley powiedziała o godzinach, w których służba udaje się na spoczynek. Na wypadek, gdyby miało się to przydać później.
- Och – odparł. Po namyśle dodał – Doktorze, im bardziej dochodzisz do siebie, tym wyraźniejsza staje się nutka drzemiącego w tobie sarkastycznego poczucia humoru. Będę musiał się nauczyć ostrożności.
- Przepraszam.
- Nie ma potrzeby. – Uśmiechnął się. – Postaram się do tego mężnie przyzwyczaić.
Ale nie byłem tylko jego kronikarzem. Byłem dodatkową parą oczu i uszu; byłem świadkiem o nieposzlakowanej opinii na wypadek, gdyby doszło do sytuacji, w której słowo Holmesa stanęłoby przeciwko słowu jednego z jego wrogów. A pewnej chłodnej, deszczowej, październikowej nocy, byłem człowiekiem, którego pistolet uratował go od śmierci przez uduszenie w uliczce niedaleko Convent Garden.
Ta sprawa (chociaż interesująca dla każdego botanika ze względu na sposób, w który Sherlock Holmes odkrył, że jedna z kwieciarek wykorzystywała swe towary, by przekazywać zakodowane wiadomości złowróżbnej postaci znanej jako Krwawa Twarz) nie jest tematem poniższej opowieści, choć może kiedyś i ją opiszę ze względu na jej potencjał dramatyczny. Na razie niech wystarczy stwierdzenie, że tego dnia tak długo przebywaliśmy w lodowatych podmuchach powietrza, iż później – gdy do powietrza dołączyła jeszcze woda, a wiatr ciął kroplami deszczu nasze twarze i wlewał nam je za kołnierze – nie czułem się dobrze. Gdy więc składaliśmy ostateczne zeznania w Yardzie, obaj byliśmy przemoknięci do szpiku kości. Usiłowałem nie trząść się zbyt widocznie, a Holmes – przeraźliwie czerwony ślad na jego szyi niemal zanikł, przywracając skórze naturalny, biały odcień – zaczął spoglądać na mnie z troską.
- Znajdę dorożkę – zapewnił mnie, jak zwykle roztaczając wokół siebie atmosferę całkowitej kontroli, i zostawił mnie pod zadaszoną kamienną ścianą przy wejściu do Yardu. – Nawet nie myśl, żeby się ruszyć, doktorze.
Pragnąłem robić dobrą minę do złej gry, ale naprawdę nie myślałem, by się ruszyć. Mój przyjaciel szybko wrócił z dorożką i wychylił się z niej, by pomóc mi wsiąść. Zmierzył mnie przy tym wnikliwym spojrzeniem, w którym dostrzegłem o wiele zbyt oczywisty, zduszony niepokój.
- Nic nie powiedziałeś – warknął. – Ale jednak powinienem był pomyśleć, że taka pogoda…
- Nie możesz naprawdę żałować, że byłem dziś obecny, prawda? – zaprotestowałem, próbując usiąść na tyle daleko od niego, by nie zauważył moich niemożliwych do ukrycia problemów. Przyznaję, że zazwyczaj, dzieląc z nim dorożkę, zachowywałem się zgoła inaczej.
- Oczywiście, że nie – odparł. – Ale twoją nagrodą za bohaterstwo jest moja wdzięczność i twa niewygoda.
- Moją nagrodą jest twoja dalsza egzystencja, nie wdzięczność.
Rzucił mi ostre spojrzenie. Natychmiast odwróciłem wzrok. Kiedy patrzył tak na ludzi, wydawał się niebezpieczny, niczym sokół, który dostrzegłszy na ziemi coś małego i bezbronnego, zawisa nad polem i zastanawia się, jak z tym czymś postąpić. Nie przyzwyczaiłem się do tego wyrazu twarzy i wydawało się, że nigdy mi się to nie uda.
- Tak czy tak, to pewnie chwilowe pogorszenie – dodałem. Próbowałem brzmieć uspokajająco, ale szybko traciłem rezon. – Tak musiało się stać wcześniej czy później… z mojego doświadczenia w leczeniu weteranów wynika, że wcześniej. I tak miałem szczęście, że bezproblemowo dochodziłem do siebie.
- Szczęście nie ma z tym nic wspólnego – prychnął. – Powinieneś być pod lepszą opieką.
- Naprawdę? Czyją? – Gdy tylko wypowiedziałem te słowa, zawstydziłem się. – Masz dobre intencje, Holmes, a ja nie chcę brzmieć jak gbur, ale za bardzo przejmujesz się błahostkami.
- Jeśli naprawdę tak uważasz, nie masz pojęcia o moim charakterze, mimo miesięcy – niestety, wymuszonej – bliskości. Być może jesteś obserwatorem gorszym niż sądziłem. Uwierz mi – powiedział mój przyjaciel żarliwie – wiem, co jest, a co nie jest błahostką.
Powiedziałem mu, że nic mi nie jest. Nie uwierzył, bo było to kłamstwo. Kiedy przyjechaliśmy na Baker Street, przygotowałem sobie gorącą kąpiel i ukryłem się przed nim. On sam był okazem zdrowia – człowiekiem, którego cieszyła siła i który znał cudowne subtelności potęgi. Nie mogłem pozwolić, by oglądał mnie w takim stanie. W Afganistanie zostałem odarty z jakiegokolwiek poczucia kontroli, wykrzykiwałem najskrytsze sekrety przed zamazującą mi się przed oczami publiką i natychmiast zwracałem każdy płyn, który przyjmowałem. Przerażała mnie myśl, że taka sytuacja może się powtórzyć.
Moje ramię – rozerwane odpryskiem pocisku i przerażająco zabliźnione – bolało tak, że nigdy nie sądziłem, iż to możliwe. Wszedłem do wanny. Początkowo wierzyłem, że gorąca woda może zapobiec gorączce. Byłem w błędzie. Wytarłem się najdokładniej, jak byłem w stanie, narzuciłem na siebie szlafrok i nalałem sobie szklankę wody, a następnie ze szczytu schodów zawołałem do Holmesa, że kładę się spać i że zobaczymy się przy śniadaniu.
Trzęsąc się, założyłem koszulę nocną i padłem na łóżko. Próbowałem leżeć pod kołdrą, ale dreszcze szybko mi to uniemożliwiły. W moim małym pokoiku na strychu było jednocześnie gorąco i zimno – taki klimat kojarzył mi się nie z Afganistanem, lecz z Indiami. Minuty mijały, a ból stawał się coraz gorszy. Ku mojemu niedowierzaniu, niemal godzinę po tym, jak skuliłem się na boku pod pościelą, drzwi do mojej sypialni otworzyły się.
Nie zapukał. Nie widziałem go zbyt wyraźnie, ale, sądząc po jego ponurej minie, nie obchodziła go w tej chwili kurtuazja. Miał na sobie tylko spodnie i koszulę, jego stopy były bose, włosy wilgotne i nieco błyszczące – najwyraźniej przed chwilą brał kąpiel. Ewidentnie szykował się do snu, gdy przyszedł mu do głowy niefortunny pomysł, by sprawdzić, jak się czuję. W jednej ręce trzymał szklankę, w drugiej – cienką, łojową świeczkę, którą uniósł, wchodząc do pokoju, by lepiej mnie widzieć. Wiedziałem, że ten widok nie może być przyjemny. Nie widziałem samego siebie, ale czułem, że jestem blady jak śmierć.
- To moja wina – powiedział.
- Oczywiście, że nie.
Próbowałem z całych sił opanować drżenie, bóle, upiorne uczucie, że wszystkie moje kości zaraz złamią się na pół. Oczywiście, nie mogło mi się to powieść. Sherlock Holmes postawił świeczkę i drugą szklankę z wodą na stole. Chwilę później przysiadł na łóżku i położył chłodną dłoń na moich trzęsących się plecach.
- Nie powinieneś się do mnie zbliżać – mruknąłem. – To przecież gorączka.
- Nonsens. Wydaje mi się, że powiedziałeś, że to chwilowe pogorszenie.
- Tak, ale…
- A zatem to ta odmiana gorączki, której człowiek o końskim zdrowiu nie musi się obawiać. – Skrzywił się, widząc mój grymas. – Nie chciałem zasugerować…
- Nie, masz rację. Jestem w fatalnym stanie. Nie ma sensu udawać, że jest inaczej.
Właśnie wtedy zdałem sobie sprawę, że od miesięcy nikt mnie tak nie dotykał. Czyste człowieczeństwo tego kontaktu zaparło mi dech w piersiach. To idiotyczne, jak bardzo uspokajająco działała jego ręka na moich plecach. Jednocześnie gorąco pragnąłem, by nie uznał mnie za kogoś cherlawego, pochlipującego i uciążliwego. Byłem zdeterminowany, żeby nie narzekać. Narzekanie by mnie zniszczyło. Gdybym miał wybrać między skoczenieniem z okna a jęczeniem o objawach dla uzyskania jego królewskiej litości, bez wahania rzuciłbym się na szklaną taflę. Ze wszystkich istniejących ludzi, akurat Sherlock Holmes nie usłyszy mnie narzekającego.
- Te dreszcze nie mogą się przysługiwać twojemu ramieniu. Mogę podać ci coś z twojej torby.
- Nic nie da się zrobić – jęknąłem. – Za granicą fatalnie uzależniłem się od morfiny.
- Naprawdę?
- Czy mógłbym skłamać na tak potworny temat?
To była prawda i w następnej chwili już to wiedział. Nie chciałem mu tego powiedzieć w takich okolicznościach, ale przecież nie zawsze jesteśmy w stanie wybrać moment, w którym zdradzamy nasze sekrety. Jego dłoń na moich plecach zesztywniała, a potem stała się jeszcze delikatniejsza niż przedtem.
- No cóż, nie uwierzę, że nic nie da się zrobić – powiedział uparcie. – Podejdźmy do tego metodycznie. Powiedz, co jest najgorsze?
- Ramię – przyznałem po chwili. To było szczere pytanie i niegrzecznie byłoby nie odpowiedzieć. – Resztę jestem w stanie znieść, bo to tylko chwilowe. Wiem natomiast, że ramię nie jest.
- Watsonie – powiedział miękko. – Pozwolisz mi czegoś spróbować?
Przekręciłem się na plecy, a idealna dłoń, która dotąd delikatnie gładziła mój kręgosłup, nagle, bezwiednie, znalazła się na mojej piersi i to na jej nieprzysłoniętej ubraniem części – w otwartym kołnierzu mojej źle zapiętej nocnej koszuli. Wiedziałem, że to nic nie znaczy – ostatecznie byłem zupełnie udręczony. Holmes był ledwo widoczny w świetle pojedynczej świeczki, co jednak nie odbierało mu urody. Wciąż pachniał lawendowym mydłem, a gdy spojrzałem na niego pytająco, dostrzegłem, że jego oczy pełne są troski.
- Czego spróbować? – wydusiłem.
- Jesteś wykoślawiony. Nie, nie – zaprotestował – proszę, pozwól mi wyjaśnić. Nie chcę powiedzieć, że twoje ciało jest asymetryczne…
- Co byłoby zupełnie prawdziwe – prychnąłem.
- Gorączka przyprawia cię o urojenia – odparł surowo. – Chcę powiedzieć, że twój ból jest jednostronny, a z tego co wiem, brytyjska medycyna nie zajmuje się takimi sprawami. Natomiast wschodnia…
- Co ty możesz wiedzieć o jakiejkolwiek medycynie?
- Zapewniam cię, tylko to, czego nauczyłem się poprzez studiowanie anatomii i przepływu energii w sztuce samoobrony – odparł cierpliwie. – Ale wiele wiem o pewnych szczególnych chińskich i japońskich zabiegach i sądzę, że jeden z nich może ci ulżyć w bólu. Z tego, co rozumiem, tylko pół problemu to twoje zranione ramię. Drugie pół wynika z nadmiernej kompensacji nieuszkodzonej części twego ciała.
- Czy nie ma we mnie niczego, co działałoby właściwie? – wymruczałem gorzko.
- Nadal jesteś błyskotliwym rozmówcą. – Uśmiechnął się. Był to dziwnie smutny uśmiech.
- Co konkretnie proponujesz, Holmes?
- Chcę przywrócić ci harmonię. Wiem, jak to musi brzmieć dla medyka, ale pozwól mi spróbować. Przysięgam, że cię nie skrzywdzę.
Westchnąłem, zadrżałem i zakaszlałem. Nic nie mogło być gorsze od bezsennej nocy i od czystej świadomości, że tego ranka obejrzę wschód słońca. A jeśli zgoda na prośbę Sherlocka Holmesa oznaczała, że jego dłoń jeszcze przez chwilę nie opuści mej skóry to – nawet, jeśli mi się pogorszy – będzie to tego warte.
- Co mam zrobić?
- Połóż się na brzuchu, z ramionami opuszczonymi przy bokach, przyjacielu, a ja spróbuję znaleźć przyczynę problemu.
Pierwszy przyznam, że powinienem był rozważyć ryzyko tkwiące w takich praktykach, ale byłem na to zbyt nieszczęśliwy. Posłuchałem go, odrzuciłem na bok kołdrę i położyłem głowę na materacu. Mój przyjaciel ukląkł obok mnie na łóżku i oparł dłonie o moje plecy – o nieuszkodzoną stronę, mówiąc jego słowami.
Zwinne, silne palce odkrywające zagłębienia moich mięśni początkowo były tylko uspokajające. Sama jego obecność była uspokajająca, gdyż sądziłem, że skazany jestem na noce, podczas których towarzyszyć mi będzie jedynie gorączka. Świadomość, że się myliłem, rozkruszała mi serce na tysiące kawałków.Gdy przeniósł uwagę na drugą stronę mego ciała, w której rozpryśnięta kula zdewastowała moją łopatkę, był jeszcze delikatniejszy; testował supły mięśni tak samo, jak testował supły hipotez – płynnie i metodycznie. Przez dziesięć minut śledził sznury ścięgien, uciskając łagodnie, gdy coś go intrygowało, aż w końcu wydawało się, że znalazł odpowiedź.
- Ha – powiedział cicho. A następnie – Hm.
- O co chodzi?
- Chyba znalazłem sedno sprawy.
- Nie umiem wyrazić swej radości.
- Drogi przyjacielu – powiedział. – Nie chcę pogarszać twojej gorączki, ale czy mogę to zdjąć?
Ciągnął lekko moją koszulę nocną. Oczywiście. Sięgnąłem w tył zdrową ręką i sam złapałem szew przy kołnierzyku. Zawahanie byłoby wyznacznikiem perwersji.
- Ależ proszę.
Jak sądzę, mój głos brzmiał na tyle naturalnie, na ile naturalnie może brzmieć głos chorego człowieka. Podciągnąłem materiał w górę, uwalniając głowę, i zostawiłem odzienie na ramionach, odsłaniając przed nim plecy. Moje serce biło jak oszalałe, gdy znów się położyłem. Co ja najlepszego zrobiłem? Pragnąłem go wystarczająco mocno, gdy zaledwie patrzył na moją twarz. Jak miałem poradzić sobie ze świadomością, że leżę odsłonięty na własnym łóżku, a on patrzy na o wiele więcej?
Nie wydał z siebie żadnego dźwięku – umieścił tylko te przeklęte palce na mej skórze, uciskając, ciągnąc i ugniatając tę część pleców, która nie ucierpiała na wojnie. Już sam podmuch powietrza na moich rozgorączkowanych plecach był przyjemny i równie przyjemny był dotyk jego rąk, ale żadna z tych przyjemności nie była niewinna. Ten sam diabelski umysł, który twierdził, że szelest papieru to odgłosy strzelaniny, postanowił mi powiedzieć, że chociaż dłonie Holmesa na moich plecach to uczucie miłe, stanowczo milej byłoby, gdyby umiejscowił je dużo niżej.
Przerwałbym mu, zanim znalazłbym się w poważniejszych tarapatach, ale wtedy zdałem sobie sprawę, że to, co robi, wydaje się działać. Rozsupływał kurcz po mojej nieuszkodzonej stronie, o którego istnieniu nie miałem pojęcia, a zmniejszone napięcie odbiło się ulgą w całej górnej części pleców. Jednakże złagodzenie bólu, chociaż wspaniałe, szybko straciło swój priorytet w świetle mego nieuchronnego podniecenia.
Jestem pewien, że częściowo wynikało to ze zmysłowej pamięci, częściowo z gorączki, a przede wszystkim z moich własnych, niezbywalnych, lubieżnych pragnień. Ale nigdy nie miałem wątpliwości: przede wszystkim chodziło o to, kim był i co zaczął dla mnie znaczyć.
Nawet gdyby od tego zależało moje życie, nie mógłbym wyobrazić sobie, jak musimy wyglądać. Tym bardziej nie mogłem sobie wyobrazić, co widzi on sam. Byłem tylko w stanie zmusić się, żeby nie ocierać się o materac. Co dziwne, gdy moje pragnienie rosło, nawet nie pomyślałem o wielu podobnych sytuacjach, w których znajdowałem się przed wojną – czy to z wytwornym studentem uniwersyteckim, czy z młodym żołnierzem na schwał – wszystkie myśli były hipotetyczne, wszystkie były nim. W moim umyśle nie pojawili się martwi przyjaciele, lecz jego wędrujące dłonie; jego długie, poszukujące palce; wiele plugawych zastosowań łojowych świeczek; refleksja, jak wygląda jego muskularna klatka piersiowa pod ubraniem; myśl o nielicznych, dzielących nas guzikach przy spodniach. Oczywiście, fakt, że nie zaznałem miłości od czasów wojennych, najprawdopodobniej wszystko pogarszał, ale nie tęskniłem za nieobecnym. Tęskniłem za ciepłem, którego nigdy nie miałem.
Mój oddech przyspieszył. Zmusiłem się w panice, by znów go spowolnić. Boże w niebiosach, co ja sobie myślałem? Szaleństwem było marzyć o ideale, o istocie, która mogła mieć każdego mężczyznę albo każdą kobietę. Modliłem się, by uznał, że moje walące serce jest powiązane z napięciem, rumieniec z gorączką, delikatna warstwa potu – ze zrujnowanym zdrowiem. Byłem w takim stanie, że nie zauważyłem, iż skończył, dopóki nie poczułem, jak ponownie otula mnie materiał kołdry. Holmes położył się obok mnie, opierając głowę na przedramieniu, z twarzą otwarcie zwróconą w moją stronę.
- Lepiej? – spytał.
Owszem, lepiej. I o wiele, wiele gorzej.
Gdyby ktoś zapytał mnie w tej chwili, czego najbardziej pragnę, odparłbym, że tylko tego, by mój przyjaciel dostrzegł we mnie coś pociągającego, ukrytego a atrakcyjnego; by poczuł choćby nutę pożądania, patrząc na leżącego przed nim nagiego, niegdyś jurnego mężczyznę. I, w momencie, w którym poczułby to drgnienie lubieżności, by wygnał ze mnie gorączkę, by przerzucił nade mną szczupłą, prężną nogę i wgniótł mnie w materac, oparłszy czoło o mój kark i obserwując samego siebie. Może była jednak iskra nadziei? Przecież z całą pewnością mógł uzyskać niemal ten sam efekt, nie odsłaniając mojego ciała.
- Nie czułem się tak od wielu miesięcy – powiedziałem szczerze.
Uśmiechnął się. Był to dziwnie niewinny uśmiech.
- Bardzo mnie to cieszy. Liczyłem zaledwie na to, że trochę ci ulżę.
A więc nie pragnął mnie. Być może nie pragnął nikogo. Nie, pierwsze wyjaśnienie było prostsze, a ja nie mogłem go winić, bo sam nie pragnąłem kalek, których nie byłem w stanie uleczyć. Od wojennych rubieży po tamten dzień nic nie było w stanie zmienić mojej opinii na ten temat. Ostatecznie pragnąłem cywila o powierzchowności lorda. On niewątpliwie pragnął króla o powierzchowności kawalerzysty. Mogłem tylko mężnie stawić temu czoła. Nie jestem tchórzem i nie znajduję przyjemności w nurzaniu się we własnym nieszczęściu.
- O co chodzi? – spytał łagodnie.
Potrząsnąłem głową leżącą na prześcieradle.
- Jestem tylko zmęczony. To wszystko – szepnąłem.
- Ależ oczywiście. – Uniósł się na łokciu. – Jeszcze raz przepraszam za mój w tym udział. Zostawię cię teraz. Czy jest coś, co pomoże ci odpocząć?
Ty, w moim łóżku, z rękami obejmującymi mnie w pasie. Nic więcej – chyba, że chciałbyś czegoś więcej. A gdybyś chciał, oddałbym ci się całkowicie. Mógłbyś mieć każdą część mnie. Bezzwrotnie. Po stokroć.
- Nic mi nie trzeba – odparłem. – Dziękuję ci tysiąckrotnie, drogi przyjacielu.
- To o wiele razy za dużo, czyż nie?
- Może. Ale mówię to szczerze.
- I to właśnie mnie zadziwia. Już ci powiedziałem, że postępuję z ludźmi tak, jak na to zasługują. W związku z tym, nigdy nie będziesz miał powodów, by dziękować mi tysiąckrotnie, bo nie dostaniesz nic, na co nie zasłużysz. Nie powinieneś tak cierpieć, mój druhu. – To była piękna, krótka mowa. Mówił miękko, łagodnie… „cnotliwie” – pomyślałem. Podniósł się z łóżka, zabrał świecę i otworzył drzwi.
- Holmesie – zawołałem. – Zrobisz coś dla mnie?
Zatrzymał się w progu.
- Co tylko chcesz, doktorze.
- Kiedy zejdziesz na dół, zanim się położysz… możesz zagrać na skrzypcach?
Chciałem poprosić o wiele rzeczy. Ale z nich wszystkich tylko tę mogłem szczerze ubrać w słowa. Wyciągnąłem rękę i dotknąłem tego miejsca na pościeli, w którym jego włosy zostawiły wilgotną plamę. Poczułem palcami wilgoć.
Gdy tej nocy sam zająłem się własną samotnością, zrobiłem to do wtóru pięknych, niemelodyjnych dźwięków płynących z dołu schodów. „Nie kocham go” – nalegałem w myślach, przyspieszając. Nie kocham go, bo nie mogę. Byłem w stanie go sobie wyobrazić tak, jakbym znajdował się wraz z nim w pokoju; widziałem wypolerowane skrzypce pod męskim podbródkiem, widziałem, jak idę do niego nagi i oddaję się mu… wyjąłbym mu instrument z rąk, odłożyłbym go na kanapę, ukląkłbym na podłodze. Przesunąłbym obiema dłońmi po jego czystych, białych stopach, uniósłbym jedną z nich, czując szczupłe kości pod łukowatym podbiciem. Przycisnąłbym głodne wargi do samego szczytu łuku. Dostrzegłbym rozgałęziające się, słabo zaznaczone błękitne linie i posmakowałbym ich tak delikatnie, że szept wydałby się wrzaskiem. Zapamiętałbym ustami wszystkie niepowtarzalne ścięgna jego stopy, a potem położyłbym ją z powrotem na ziemi. On przesunąłby włosiem smyczka po moich wargach, ramionach, udach, zagrałby na mnie jak na Stradivariusie. Potem uklęknąłby za mną, oplótłby ramiona wokół mojej piersi, nie wypuszczając z dłoni smyczka. Wyobraziłem sobie, jak uderza mnie nim mocno i gładko, by oznaczyć mnie jako swoją własność. Wyobraziłem sobie, że należę do niego i tylko do niego.
„Tylko tyle mam” – pomyślałem, zamierając nagle i wciskając twarz w poduszkę, by przeczekać spazmy. – „I to wystarcza”. Bogu dzięki, że go nie kochałem, bo jest pewna ilość bólu, której znieść nie jestem w stanie. Po prostu musiałem poczekać, by przestać czuć to, co czułem.